piątek, 13 marca 2015

"Do ludności, do żołnierzy..."

W sytuacjach kryzysowych można panikować lub... żartować, żartować dla podtrzymania się wzajemnie na duchu i tak po prostu - aby nie zwariować. Do kryzysów jesteśmy przyzwyczajeni, to możemy bez zbędnego skrępowania zafundować sobie ekstrawagancką formę rozrywki na każdej z możliwych płaszczyzn - kto bogatemu zabroni? Mamy w czym wybierać.

W ramach solidarności narodowej winniśmy założyć czerwone okrągłe nosy, odpowiednią czapkę i szpiczaste kolorowe buty, chodzić po mieście i żartować, śmiać się do rozpuku, drwić z samych siebie, odzierać się z resztek powagi i przyzwoitości. Śmiać się ze swoich niedoskonałości, braków, ze świętości, narodowości, z państwa... z Państwa.

Każda w miarę rozgarnięta władza, a nawet cała klasa polityczna w normalnym, w zdrowym kraju określając tak wyraźnie swoje stanowisko wobec Rosji, zastanawiałaby się, co jeśli Rosji się coś nie spodoba? Co wtedy? Co, jeśli okaże się, że wychodzi się z niektórymi działaniami/słowami o odrobinę przed szereg?  Tak, każda władza się zastanowi, zatrzyma, zrobi mały przynajmniej iluzoryczny bilans zysków i strat. My natomiast czasu tracić na przystanki nie lubimy, chcemy być w ruchu i działać, a jak już w miejscu, to przynajmniej podskoczyć, policzki nadymać, przykucnąć z lekka i podskoczyć te kilkanaście centymetrów, ile natura dała! podskoczyć i krzyknąć złośliwie choćby: "Putin się w nocy moczy!" i w nooooogi! jak się da, z impetem wystartować i uciekać! Z zadyszką, językiem na brodzie, ale z satysfakcją - sukcesy należy celebrować, przede wszystkim te osiągnięte na arenie międzynarodowej. Gdy kurz opadnie, obejrzymy się za siebie i przekonamy się, że nikt nas nie goni i uszło nam to na sucho, możemy działać dalej. Wtem można zacząć festiwal dobrego humoru. Nie na rynku, parku, cyrku... ale w Sejmie. Akustyka dobra, widownia dopisuje. 

Komu więc przypada zaszczyt rozbawienia sali? Ano marszałkowi (druga osoba w Państwie). Pan Sikorski proponuje posłom wyjazd na poligon i przeszkolenie wojskowe w razie gdyby czasy stały się jeszcze bardziej niespokojne. No i śmiechy, brawa, bo przecież duma, że marszałek taki dowcipniś. Część posłów wyobraża sobie zdjęcia, które nadawać będą się na FB i Instagram. Pani Krystyna Pawłowicz natomiast zgłasza chęć przeszkolenia i gotowość obrony RP w przypadku wojny, co też jakoś nie daje nam powodu do poczucia bezpieczeństwa, a raczej do śmiechu i kolejnych żartów. Serwisy informacyjne mogą skupić się na zebraniu opinii reszty polityków czy wyobrażają sobie Panią Pawłowicz w kamaszach, czy i ile byłaby w stanie zrobić pompek, przysiadów i jak ta ilość wpłynie na nasze bezpieczeństwo. Śmiechy, chichy i igrzyska.

Gdy dowcipy na temat naszej armii i przygotowania militarnego kraju przestają śmieszyć, możemy poobserwować, jak główne partie polityczne żartują sobie z nadchodzących wyborów prezydenckich. Bo przecież takie tam głosowanie jak na dyżurnego klasy (najwyżej gąbka będzie źle wyciśnięta). Kontrkandydatami obecnie urzędującego Prezydenta ma być Pan Duda,  u którego poziom populizmu i demagogii osiąga poziom orbitalny, Pani Ogórek, którą może zabić jakakolwiek spontaniczność i niezapowiedziane wcześniej pytanie potencjalnego wyborcy o pogodę. Jarubas, którego głównym atutem jest śpiew... a raczej chęć śpiewania. Do tego Pani Grodzka, której CV też jakoś średnio predysponuje do stanowiska, muzyk, który co jakiś czas krzyczy o Jednookręgowych Okręgach Wyborczych i kilkunastu innych kandydatów na kandydatów mających nadzieję, że te 100 tys. podpisów jakoś uda się zebrać - w końcu kandydować może niemal każdy - zwłaszcza, że bezrobocie duże. Dziwne, że na stronach Powiatowych Urzędów Pracy nie ma wzmianki...

Jesteśmy krajem, który żartuje sobie ze swojej obronności, bez wykazywania realnego niepokoju, że militarnie moglibyśmy się czuć w miarę pewnie jedynie w przypadku konfliktu z Zimbabwe czy Malawi i to też pod warunkiem, że wojna odbywałaby się na naszych zasadach (armia może składać się jedynie z ludzi rasy białej). Jesteśmy krajem, który nie dorósł do demokracji, nie udało nam się przez 25 lat wyhodować odpowiedniej "klasy politycznej", społeczeństwa obywatelskiego, właściwej ordynacji wyborczej, aż wreszcie dojrzałej mądrej władzy. Mamy zbiór pajaców, clownów i oszołomów, którzy od 89. roku nauczyli się, że najgłośniej to o nich będzie jak powiedzą coś śmiesznego... nie mądrego.

Jesteśmy krajem, który rzeczywiście w stanie realnego zagrożenia obleje test patriotyzmu. Możemy dziś bowiem trzymać się razem śmiejąc się z absurdów, kpiąc z rzeczywistości, ale gdy stanie nam rzeczywiście Polski bronić, możemy przekonać się, że zaczyna brakować nam argumentów i odpowiedzi na kluczowe pytanie: Za co mam tak naprawdę umierać?  Za co? Za... Polskę?


sobota, 10 stycznia 2015

"Gdy wiara w Boga zabiera życie ludziom, co zamiast Niego znaleźli religię" Update 1.0


Przyglądając się (nawet nie nad wyraz wnikliwie) minionym (jak i tym aktualnym) konfliktom zbrojnym, masowym mordom, zamachom, nie trudno odnieść wrażenia, że często wywodzą się z tych samych punktów zapalanych. Nie mam tu oczywiście na myśli niezrównoważenia psychicznego samych agresorów (choć w wielu przypadkach czynnik ten jest dosyć znaczący), ale raczej ich ideologiczne przekonanie mobilizujące ich do owego działania. Pomijając więc stan emocjonalny, chorą ambicję, czy prozaicznie brzmiącą chęć zdobyczy terytorialnych i materialnych, zabijają oni w imię czystości etnicznej, kulturowej i religijnej.

W tle trwających obecnie ponad trzydziestu konfliktów zbrojnych na całym Świecie, które prowadzone są na różnych frontach (głównie w Azji i Afryce) słyszymy o pojedynczych zamachach. 
Ten o największej sile rażenia w ostatnim czasie miał miejsce 22 lipca 2011 roku. Zamachowiec Anders Brevik realizując skrzętnie przygotowywany przez 3 lata plan, zabił 77 osób detonując bombę w Oslo i strzelając na wyspie Utoya do młodzieżówki Norweskiej Partii Pracy. Po pierwszym przesłuchaniu zamachowca, wszyscy jednogłośnie okrzyknęli go prawicowym fundamentalistą kierującym się ideologią nazizmu  (chociażby w aspekcie troski o zachowanie czystości kulturowej). Norweg tłumaczył, że jego działanie będzie zrozumiane przez Europejczyków dopiero za kilkadziesiąt lat, gdy ekspansja Islamu w Europie będzie tak silna, że Stary Kontynent tracić będzie swoją chrześcijańską tożsamość, która od setek lat była tak silnie zakorzeniona. Trudno nazwać go fanatykiem religijnym i współczesnym krzyżowcem- zwłaszcza dlatego, że informacje na temat Brevika nie pozwalają określić go jako człowieka ściśle związanego z ruchem chrześcijańskim (choćby poprzez kontakty z masonerią). Coś czego kwestionować się  nie da, a co zostało zapisane w jego osobistym „Mein Kampf”, to nienawiść do Islamu i kultury muzułmańskiej. Przypisywana mu skrajna prawicowość kłóci się jednak z jego poparciem dla zintegrowanej Europy. Niełatwo więc o jasną ideologiczną kategoryzację Brevika, ale bez wątpienia jego wyznaniowo-etniczna nienawiść była podstawą do jego agresji. Stał się więc słusznie symbolem dzisiejszego terroryzmu wywodzącego się z chorych idei, uprzedzeń oraz ksenofobii. Nie był obrońcą (jak się sam siebie mógł określać), był bezdyskusyjnie agresorem.    

Masakra w Monachium z 1972 roku w czasie letnich Igrzysk Olimpijskich, Atak z 11 września, wojny na Bałkanach, konflikt bliskowschodni to wydarzenia z ostatnich lat, a przecież to "kropla w krwawym morzu" wszystkich ofiar kulturowo-religijnych sporów w naszych dziejach, a z którymi Świat borykać się będzie zawsze, bowiem radykalizm najłatwiej budować na gruncie religijnym. Zarazem ekstremizm ten, jest najbardziej niebezpieczny – bo cóż daje większą odwagę w "heroicznym" i najdalej posuniętym działaniu, niż rzekomy jego boski wymiar?
Skonfliktowana przez wieki Europa ujednoliciła się przed laty kulturowo i religijnie na tyle, że do otwartych konfliktów zbrojnych na skalę wojny palestyńsko-izraelskiej już nie dochodzi. Unia Europejska od lat kształtuje kontynent w jedną skonsolidowaną masę, wolną od konfliktów, za to pielęgnując takie wartości jak tolerancja i wspólny dialog - stąd między innymi zgoda na rozwój europejskiego islamu. Czy jesteśmy gotowi na tak daleko posuniętą multikulturowość na relatywnie małym obszarze jakim jest Stary Kontynent?
Terroryzm oraz zamachy, które miały miejsce w ostatnim czasie w Paryżu przypominają, że nie jest to łatwe. Zwłaszcza gdy dialogu trzeba szukać z islamskimi ekstremistami... Różnice kulturowe są wyraźne, a niebezpieczne robią się, gdy jedna ze stron zbyt mocno akcentuje swą odrębność i wąsko zakreśloną granicę za którą widnieje swoista tabliczka "obraza uczuć religijnych".  

Problem pojawić się może wtedy, gdy religia muzułmańska przestanie funkcjonować w Europie na zasadzie mniejszości, a stanie się (co przewidują prognozy europejskich futurologów) silną alternatywą dla chrześcijaństwa. Gdy jedna ze stron będzie bała się otworzyć usta, by nie obrazić uczuć religijnych tych drugich. Gdy media w obawie przed eskalacją kulturowych konfliktów (lub o własne bezpieczeństwo) obawiać się będzie emisji poszczególnych materiałów. Gdy wszyscy ze strachu unikać będziemy satyry, karykatur... żartu. Aż wreszcie, gdy nie-muzułańscy mężczyźni widząc swoje nie-muzułmańskie kobiety odziane w skąpe szaty będą je natychmiast prosić, by przebrały się w coś bardziej przypominający chijab lub chador, bo sąsiad Abdul Hamid może poczuć się urażony.

Chyba, że przestaniemy patrzeć na siebie wrogo i bez uprzedzeń. Chyba, że takie same prawa będą dotyczyć nas w Teheranie czy Rijadzie, co "przyjezdnych" w Paryżu czy Berlinie. A może do tego czasu ewolucja przyspieszy na tyle, że człowiek przestanie stawiać religię ponad Boga oraz zdrowy rozsądek i pozwoli na to, by meczet stał kilka metrów od kościoła katolickiego, nie zasłaniając przy tym stojącej z tyłu żydowskiej synagogi?



poniedziałek, 5 stycznia 2015

Postanowienie noworoczne

 
Początek roku niesie ze sobą wiele nadziei (z doświadczenia wiemy, że większości niespełnionych). O ile zazwyczaj dzień "1 stycznia" nie jest najlepszym terminem do refleksji, a zasięg wszelkiej percepcji kończy się na dystansie dzielącym nas do pierwszej lepszej butelki/ szklanki/ doniczki z wodą, o tyle 2 stycznia, to dzień niesłychanej obfitości w rozmaite plany i oczekiwania. Planujemy zdobywać najokazalsze szczyty, badać osobiście powierzchnie Marsa, oszczędzać takie kwoty pieniężne, by przez kolejne kilkadziesiąt lat nie musieć już nic.


Czy w postanowieniach udaje nam się dotrwać do trzeciego?  No ba... Trzeciego, to my nawet możemy podnieść poprzeczkę. Z małą poprawką, przedefiniowaniem postanowienia w... marzenie. Wtedy mamy pełne pole do popisu, bowiem jak kiedyś powiedziano: ambicje mają chodzić, ale marzenia mogą fruwać. Przestajemy więc myśleć o niezdobytych szczytach – Mont Everestach, Kilimandżarach, a włączamy tryb „marzenie” i oczami wyobraźni widzimy się wbijającego swoją małą flagę na szczycie piramidy Maslowa. Piramidy osadzonej w rzeczywistości zwanej potocznie Polską. Pofrunęliśmy zbyt wysoko i zaczynamy wypatrywać miękkiego podłoża, by upadek nie okazał się zbyt bolesny?

Pesymizm, malkontenctwo męczy i choć powodów do narzekania trochę byśmy znaleźli, to spróbujmy tak świątecznie-noworocznie utopić w zachwycie nad naszą (jak zwykłem ją nazywać) miodną krainą. 
Polskie schody:
1.    Potrzeby fizjologiczne - w trosce o swoją psychiczną harmonię lejemy i s*amy na wszystko: stan gospodarki, ZUS, US, Rząd, Przepisy drogowe, a nawet regulaminy przy zakładaniu poczty e-mail. Problemy z pożywieniem? Wokół pełno szczawiu! Mieszkanie? POLSKA NASZYM DOMEM!
2.    Potrzeby bezpieczeństwa - strach przed chorobą? Obserwujemy z nadzieją negocjację lekarzy z ministrem zdrowia. Czy można sobie wyobrazić lepszy klimat? Państwo w którym tak długo czołowi politycy zajmują się właśnie naszym zdrowiem?  Strach przed utratą pracy? Wielu z nas znalazło na ten lęk skuteczną receptę – nie można stracić czegoś, czego się nie ma!
3.    Potrzeba przynależności – ta narodowa nie daje nam o sobie zapomnieć
4.    Potrzeby uznania – sukces i uznanie wpisane mamy w swój dowód osobisty, w każdy dzień roku zrywanego kalendarza.
5.    Samorealizacja – Państwo daje nam możliwość rozwoju. Obowiązkowe szkolnictwo, gdzie religia (królowa nauk) zaczyna w nas kształtować odpowiednią etyczną postawę, przy okazji rozwijać duchowość oraz zainteresowania. Talenty odkrywamy każdego dnia, nic tak nie hartuje i nie rozwija umiejętności (o których wcześniej nawet nie mieliśmy pojęcia), jak chęć przetrwania.

Ścieżki na szczyt piramidy są wydeptane i uświadamiają nas, że na szczyt w naszych warunkach można się z powodzeniem dostać, zwłaszcza, że uwarunkowania wspomniane są o wiele lepsze niż w większości państw środkowoafrykańskich.

Trzeba zakasać rękawy, postawić krok na pierwszy schodek i zadać sobie pytanie czy możemy wykonać krok drugi, trochę większy, trzeci, czwarty...a okaże się, że my i nasza miodna kraina dajemy sobie szanse na bycie szczęśliwymi ludźmi – taplającymi się w poczuciu bezpieczeństwa i spełnienia. Trzeba tylko się ruszyć, wykonać pierwszy krok. Ale to zaraz, za moment... Jeszcze chwilę... za chwilę, nie dziś...
… trzeba przecież porządnie wytrzeźwieć.

piątek, 19 grudnia 2014

poniedziałek, 17 listopada 2014

niedziela, 19 października 2014

Wyroby samorządowe...



Wpis obrzucony ulotkami, zagłuszony przez spoty, zasłonięty przez bilbordy, zaklejony plakatami i przekrzyczany przez kandydatów. 

środa, 10 września 2014

...a zostawił zapłakaną.



Towarzyszy nam poczucie osierocenia. Choć zapowiadało się na to od pewnego czasu, oficjalna informacja o wyborze Donalda Tuska na Szefa Rady Europejskiej nie pozostawiła już  żadnych złudzeń. Klamka zapadła. Premier składa dymisję i wyjeżdża do pracy na Zachód, tak jak każdego miesiąca robi to tysiące Polaków.

Przez łzy rozgoryczenia powtarzamy „tam będzie mu lepiej, nie będzie już cierpiał”, poklepujemy się wzajemnie, przekonując, że jest to wielkie wyróżnienie, sukces osobisty Pana Donalda, jak i nasz, narodowy – Polak Szefem Europy!
Nagle znów wraca moment refleksji i nostalgii, bo tutaj go przecież zabraknie. Wszak się nie rozdwoi. Nikt nie otrze naszej gorzkiej łzy, nikt nie powie jak żyć, nikt tak nie przeprosi jak on. [Ach jak on przepraszał...]

Będzie nam tego brakowało. Mamy więc nieodpartą ochotę spakować walizki i jechać za nim. Choćby już... bez  ciężkiego bagażu, ale wciąż z niezaspokojonymi oczekiwaniami i rozpalonymi nadziejami.
W uszach nadal brzmi nam spot z 2007 roku i jego pełne troski słowa: „Przez ostatnie 2 lata za chlebem wyjechało prawie 2 miliony Polaków” - i nawet największym sceptykom nie przyszło 7 lat temu do głowy, że sam do wspomnianej grupy dołączy. Tym bardziej, że w tym samym spocie mowa była o tym, że „już niedługo Polacy zaczną wracać z emigracji, bo praca tu zacznie się opłacać.” 

Tymczasem przyszłe zarobki naszego reprezentanta, przyszła emerytura (nie ZUS-owska rzecz jasna) powodują, że dotychczasowa jego pensja może być przezeń traktowana jak „wyprawka” na biwak do Brukseli, nowy garnitur, koszula, buty i komplet krawatów.
Tak bardzo przekaz owego spotu się dezaktualizował, tak bardzo los okazał się przewrotny.
Napływają łzy raz kolejny... rozgoryczenie, żal, bezradność, strach przed jutrem.
„Może jakoś się to wszystko ułoży...”, „może Donald wróci, zatęskni...”. Nasza afirmacja niestety nagminnie przerywana jest kolejnymi przekazami, że Premier się cieszy, na domiar złego nie dostrzegamy w jego oczach tego samego smutku, co w naszych. Czujemy, że związek się rozpada, a partner zamyka za sobą drzwi we w spaniałym nastroju. Poczucie żalu miesza się z poczuciem rozczarowania i zdrady. Każde jego słowo zaczyna brzmieć jakoś irytująco... nagle... staje się rzecz jeszcze straszniejsza... Pan Premier przestaje mówić po polsku... co traktujemy jako swoisty policzek, przechodzi na język obcy... marszczymy brwi, wsłuchujemy się w jakim to języku daje nam kolejnego kuksańca? – i słyszmy znajomo brzmiące „Aj łil polisz maj inglisz”, czekamy na jakieś potwierdzenie naszych przypuszczeń, że był to język angielski. Tak, mamy już pewność, widzimy na pasku  informację, że Premier chce wypolerować swój angielski, by być w pełni gotowy do sprawowania nowej funkcji. Dochodzi do nas jeszcze premierowskie „dont łory” - niestety nie skierowane do nas... szkoda, potrzebowalibyśmy tego, zwłaszcza teraz.

Przestajemy widzieć kolejne doniesienia, bo znów do oczu napływają łzy ograniczając naszą widoczność do zera absolutnego, kładziemy się, uginając kolana, chowając głowę w rękach... Co dalej?

Zostajemy sierotami, którym zostają jedynie wspomnienia i …
pokaźny spadek...

RZECZYWISTOŚĆ.


czwartek, 21 sierpnia 2014

OŚWIADCZENIE



Obserwując poczynione kroki i sankcje UE i USA wobec Rosji, nonkonformista postanowił uderzyć we Wladimira Putina porównywalnie mocno poniższym oświadczeniem:

Z UWAGI NA DZIAŁANIA ROSJI WOBEC UKRAINY ZABRANIA SIĘ CZYTANIA BLOGA OBYWATELOM FEDERACJI ROSYJSKIEJ AŻ DO ODWOŁANIA
            
Z poważaniem:
nonkonformista13


sobota, 2 sierpnia 2014

Mój kraj taki piękny



Wniosły dzieci z sadu,
koszyk przepełniony:
jabłek żółtych, 
jabłek kraśnych,
jabłuszek zielonych.


Teraz trzeba jabłka 
dobrze poukładać
i pomyśleć, które jabłko,
do czego się nada.

Które do zjedzenia
które do pieczenia,
które zaś na marmoladę,
które do suszenia?


Wniosły dzieci z sadu,
koszyk przepełniony:
jabłek żółtych, 
jabłek kraśnych,
jabłuszek zielonych.


wtorek, 15 lipca 2014

AFERA TAŚMOWA MANIPULACJĄ? PRAWDZIWE STENOGRAMY ROZMÓW



B.S.- Witam!
M.B.- Kłaniam się nisko Panie Ministrze!
B.S.- Nasza rozmowa ma charakter głównie służbowy, rozmawiać będziemy bowiem o sprawach najwyższej rangi państwowej. Może zdarzyć się natomiast, że od czasu do czasu pozwolę sobie na akcenty czysto prywatne - znamy się przecież nie od dziś. To spowoduje, że będę czuł się wysoce niezręcznie prosząc kelnera o wystawienie rachunku na cele reprezentacyjne. Czy nie ma Pan nic przeciwko?
M.B.- Ależ skąd! W pełni się z Panem zgadzam. Zaprawdę powiadam, że każdy grosz publiczny winien być wydany tylko w uzasadnionych przypadkach. Nasza rozmowa, choć jak zawsze rzeczowa i konstruktywna, może nie obyć się bez pojedynczych treści niemerytorycznych, co winno pozbawiać nas moralnego prawa do traktowanie owej dysputy w charakterze czysto służbowym.
B.S.- Skoro jesteśmy nader zgodni w tej kwestii, chciałbym pozwolić sobie przejść do omówienia problemu, który ze względu na wykonywane przez nas honorowe funkcje państwowe obliguje nas do przeprowadzenia tej rozmowy.
M.B.- Ależ oczywiście, proszę rozpocząć, jestem bowiem przekonany, że nikt nie rozpocząłby tej dyskusji lepiej niż właśnie Pan, nie tylko ze względu na Pana niepodważalne kompetencje, ale również  fakt, że niezwykle zależy Panu na interesie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.
B.S.- Dziękuję. Ubolewam więc nad stanem kondycji finansowej Państwa. Wciąż pogłębiający się dług publiczny nie daje mi spać. Wraz z całą Radą Ministrów czujemy na sobie ciężar odpowiedzialności  i chcemy zrobić wszystko, by żyło się lepiej, wszystkim.
M.B. - Rozumiem. Ówczesny stan Państwa zmusza do ciężkiej pracy w celu poprawy ogólnej sytuacji. Jako Prezes NBP jestem apolityczny i nie chciałbym nawet w prywatnej rozmowie przed Panem ujawniać się ze swoimi sympatiami politycznymi, ale życzę Państwu dobrze, bo życzę dobrze Polsce. Rządziłby PiS, życzyłbym dobrze PiS-owi, bo życzę dobrze Polsce.
B.S.- Smaczny ten schabowy prawda?
M.B.- Owszem, smakuje wybornie. Można najeść się za stosunkowo niewielkie pieniądze. A propos pieniędzy. Wie Pan co? Mój syn bardzo lubi grę Monopol, zna Pan niewątpliwie. Problemem są jednak banknoty, wiele z nich jest już zniszczonych, a nie uważam, by rozsądne było kupowanie gry z powodu wadliwych poszczególnych elementów.
B.S.- Niech Pan je dodrukuje! Proszę dodrukować pieniądze!
M.B.- Racja! Dziękuję za radę. Świetna myśl. W ramach wdzięczności proponuję Panu wizytę u mnie i rozegranie jednej partii. Będzie Pan mógł wybrać kolor pionka i który z graczy miałby pełnić funkcję bankiera.
B.S.- Bardzo mi się podoba takie postawienie sprawy. Wróćmy jednak do Polski. Mimo ciężkiej sytuacji nie mogę powiedzieć, że działania naszego rządu są złe, inwestycje to w zasadzie "miód, spec-grupa i Joanna Krupa" - efektywność, profesjonalizm i atrakcyjność w jednym. PKB jednak wciąż wydaje mi się zbyt niskie, zadłużenie rośnie, a Polakom nie żyje się dobrze. Mam jednak pewien plan mający na celu poprawę polskiej gospodarki, plan który napędzi przemysł, ściągnie zagranicznych inwestorów, czułbym się natomiast wielce niestosownie mówiąc o tym Panu w tych okolicznościach. Chcę, by wszystko miało w pełni tryb formalno - legislacyjny. Może się Pan zatem dziwić dlaczego o tym mówię, skoro nie zdradzam żadnych szczegółów, nie oczekuję poparcia, nie dążę tu do żadnych politycznych targów. Wie Pan dlaczego?
M.B.- Przypuszczam. Chce Pan mnie uspokoić. Zdaje Pan sobie sprawę jak martwię się o Najjaśniejszą Rzeczpospolitą i mówi mi Pan, że jest nadzieja. To wystarcza. Również jestem daleki od rozmów na temat ustaw, poparcia itp. Musimy pamiętać, że żyjemy w demokratycznym Państwie prawa, w których zachowane są wszelkie standardy wzorowej dyplomacji.
B.S. - Utwierdziłem się jedynie w przekonaniu, że reprezentuje Pan te same wysokie standardy, co Pan Premier. Dziękuję. W imieniu Polski - dziękuję.
Do diaska! ale nakruszyłem... przepraszam za słownictwo.
M.B.- Muszę Panu przyznać, że  też zdarza mi się równie soczyście zakląć, ale panuję nad tym, majestat stanowiska, które piastuję powoduje, że owe słowa brzmią w mych ustach po prostu niegodnie.

...

wtorek, 3 czerwca 2014

Witajcie w naszej bajce, słoń zagra na fujarce, Pinokio nam zaśpiewa, zatańczą wkoło drzewa...



Czy huczne świętowanie wolności powinno odbywać się w kraju, przez ogrom czasu uciemiężonym, co 10, 25, 100 lat, czy wyraz swojej dumy radości i wdzięczności winniśmy okazywać przede wszystkim przy urnach, gdy tylko nadarza się ku temu okazja?

Mieliśmy niedawno szansę. Frekwencja wyniosła 23%. Śmiem twierdzić, że część społeczeństwa nie zdawała sobie sprawy z faktu, że jakieś wybory mają w ogóle miejsce. Ci, którzy specjalnie polityką zainteresowani nie są, o wyborach dowiadują się zazwyczaj za pośrednictwem plakatów wyborczych i spotów poszczególnych komitetów. Co jeśli spoty do spotów wyborczych z żadnej strony podobne nie są, tak jak było to teraz?

Mieliśmy w ostatnim czasie występy cyrkowe, żonglerki, jazdy na rowerze, mierzenie swojego obwodu w pasie, próby rozśmieszenia i wzbudzenia sympatii - nie w skutek ukazania własnej kompetencji, a (wątpliwego) poczucia humoru. Niejeden widz mógł odnieść wrażenie, że oto przed jego oczami kreują się nowi kabareciarze, którym dano możliwość pokazania się szerszej publiczności – trochę z litości, a może w ramach programu „wyrównywanie szans”. Tego nie wiadomo. Jasne jest jedno: wartości, merytorycznego przekazu tam nie było. Człowiek na ogół zaangażowany natomiast, zniechęcał się do oddania głosu na kogokolwiek, obawiając się, że wspierając kogokolwiek daje przyzwolenie na cały ten cyrk.

Trudno dziwić się więc, że na 7%-owe poparcie głosujących mógł liczyć Kongres Nowej Pracy Janusza Korwin – Mikkego.

W atmosferze ogólnej niechęci do „klasy” politycznej łatwo przecież zjednać sobie ludzi. Wystarczy ową „klasę” obrzucić błotem, wyzwać od nierobów, kłamców, złodziei. To gwarantuje co najmniej wstępną przychylność potencjalnych wyborców. Co jeszcze? Ano obrzucić błotem całą administrację, NFZy, ZUSy i... wszystko co państwowe. Powtórzyć słowa typowego polskiego Kowalskiego i Nowaka: „złodziejski kraj”, krytykować podatki, wszelkie odprowadzane przez nas haracze, biurokrację, niepełnosprawny system emerytalny i czekać na odzew tłumu. Odzew był. Wywodzący się głównie z gardeł kategorii wiekowej 18-24, ale przy powyższej frekwencji, mobilizacja nawet jednej kategorii wiekowej może zrobić zamieszanie w ostatecznych wynikach wyborów.

Śledząc setki wypowiedzi szefa KNP, czytając opinie internautów, rosnące słupki, fanpage JKMa, miałem zrobić wpis będący analizą programu wyborczego Jego Ekscelencji Janusza Korwin - Mikkego. Miałem, ale się przestraszyłem. Każda moja polemika z choć jednym postulatem Jego Ekscelencji narażałaby mnie na publiczny lincz, internetową chłostę i e-społeczne wykluczenie.  

Pozwolę sobie więc na kilka ciepłych słów. Osobiście jestem zafascynowany Panem Januszem: charyzma, styl, odwaga, NONKONFORMIZM, trafność niektórych argumentów i smaczne porównania. Palce lizać. Problem jest tylko jeden. Jego projekt po prostu, by się nie udał. Mimo słuszności niektórych postulatów, hasła głoszone przez JKM po prostu dobrze się sprzedają, ale wdrożenie w życie spowodowałoby samounicestwienie Państwa. Założenia są słuszne, ale tylko w środowisku laboratoryjnym – i każdy, kto choć trochę lizną nauki polityczne o tym wie. 

Polityka kogoś takiego potrzebuje. Państwo u steru władzy – niekoniecznie.
Poparcie dla partii antysystemowych będzie zawsze. Czy lepsze to od samowykluczenia z możliwości zmiany rzeczywistości - z pewnością.

Niestety tych "obojętnych" jest coraz więcej. Można się spodziewać spadku frekwencji również w przyszłych wyborach do Parlamentu (RP tym razem). Wyborcy są zmęczeni – znów staną w miejscu, powiedzą, że to wszystko sensu nie ma, że i tak władza kradnie, kraść będzie i (uwaga! najpotężniejszy argument) MÓJ GŁOS I TAK NIC NIE ZMIENI. Jeśli można za coś losowi w tym miejscu podziękować, to za to, że 25 lat temu ludzie, którym zawdzięczamy dzisiaj wolność nie wykazywali się taką właśnie mentalnością.

Dziś nie musimy walczyć, dziś wystarczy, że utrzymamy to co wywalczono za nas i niczego nie sprzeniewierzymy...
… nie trzeba przecież "niczego" tracić, by to „coś” docenić.
Wszystkiego Najlepszego Polsko.

wtorek, 6 maja 2014

Tomasz Adamek - człowiek, który pozostał bokserem



Nosiłem się z zamiarem, by niniejszym wpisem ustosunkować się do kandydatury Tomasza Adamka. Zabawić się w kontrargumentację jego postulatów, zakwestionować zasadność głoszonych przezeń haseł. Poczytałem, posłuchałem owego zacnego kandydata, następnie poczułem się po prostu głupio... tak zwyczajnie, tak jakby sobie ze mnie bezczelnie zadrwiono, bezpruderyjnie, publicznie i bezlitośnie, zgwałcono każdą moją szarą komórkę z osobna. Chciałem coś napisać, posłuchałem... niektórych fragmentów nawet dwukrotnie, chciałem coś napisać... nie dałem rady. Przepraszam. Chciałem, ale było już za późno.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Certyfikaty dla firm godnych zaufania


            Certyfikaty jakości są we współczesnym świecie biznesu niezbędne, by móc zbudować wizerunek rzetelnej i profesjonalnej firmy. Posiadanie zaświadczenia o dobrej jakości produktach lub usługach bez wątpienia zwiększa liczbę klientów, gdyż świadczy o najwyższych standardach, którymi kieruje się dana firma. Poniżej opisane są przykładowe certyfikaty jakości dostępne na polskim rynku.

Firma Godna Zaufania
            Ogólnopolski certyfikat „Firma Godna Zaufania” przyznawany jest za nieposzlakowaną opinię danego przedsiębiorstwa, jego wysokie standardy etyczne w prowadzeniu działalności biznesowej, a także rzetelne i profesjonalne podejście do zobowiązań wobec klientów oraz kontrahentów. Jest to zdecydowanie jeden z najbardziej dostępnych certyfikatów na rynku, głównie ze względu na bezpłatne sprawdzanie firm specjalnym algorytmem Wskaźnika Opinii, a następnie przesłanie na adres firmy certyfikatu wraz z materiałami za symboliczną kwotę niecałych 100 złotych. Operatorem projektu „Firma Godna Zaufania” jest Centrum Badania Opinii Klientów z siedzibą w Rybniku. Więcej na: http://www.firmagodnazaufania.pl/

Teraz Polska
            „Teraz Polska” to znany certyfikat jakości przyznawany w formie konkursu najlepszym produktom i usługom na terenie kraju. Z założenia jest to konkurs niekomercyjny przeznaczony tak dla marek o ugruntowanej już na rynku renomie, jak i dla tych nowych, choć należy podkreślić, że uczestnicy konkursu, aby otrzymać certyfikat, muszą się liczyć z wydatkami. Nawet małe firmy są zobowiązane do uiszczenia opłaty rejestracyjnej w kwocie 500 zł. Następnie zakłady produkcyjne obarczone są kosztami weryfikacyjnymi wynoszącymi za jeden produkt minimum 4000 zł, zaś za usługę minimum 5000 zł. Dotychczas w dwudziestu jeden edycjach konkursu wzięło udział blisko 4500 przedsiębiorstw, a nagrodzono 500 z nich. Więcej na: http://www.terazpolska.pl/

PASE
            Pod niewiele mówiącą nazwą PASE kryje się Polskie Stowarzyszenie na Rzecz Jakości w Nauczaniu Języków Obcych, które przyznaje swoje certyfikaty szkołom i centrom językowym. Standardowa inspekcja PASE prowadząca do przyznania certyfikatu zazwyczaj trwa dwa dni i przeprowadzana jest przez dwóch inspektorów. I choć PASE niesie ze sobą pewien prestiż, wciąż jest to marka dużo lepiej rozpoznawana przez dyrektorów szkół niż słuchaczy kursów językowych. Poza tym naraża daną placówkę na poważne wydatki. Szkoła bowiem musi zapłacić blisko 3000zł za inspekcję, a także pokryć koszty wyżywienia, transportu i zakwaterowania inspektorów w trzygwiazdkowym hotelu. Więcej na: http://www.pase.pl/

Jakość Tradycja
            Certyfikat „Jakość Tradycja” przyznawany jest przez PIPRiL wspólnie ze Związkiem Województw RP. Jest to pierwszy polski system certyfikowania tradycyjnej żywności uznany przez Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi i zaakceptowany przez Komisję Europejską. Według twórców certyfikatu tradycyjny skład bądź sposób wytwarzania to taki, który ma przynajmniej pięćdziesięcioletni rodowód, zaś w przypadku ras i odmian – są to te, które użytkowano przed 1956 rokiem. Więcej na: http://www.produktyregionalne.pl/
Certyfikatów na polskim rynku jest oczywiście znacznie więcej, a powyżej wypisane są tylko przykładami i wskazówką dla firm mówiącą, iż warto przywiązywać większą uwagę do tworzenia pozytywnego wizerunku swojej firmy, a także jakości oferowanych usług i produktów.

środa, 9 kwietnia 2014

POLS*A MAĆ! Patriotyzm? Status: To skomplikowane



Czym jest dla nas Polska? Matką czerpiącą swoje pedagogiczne wzorce od Katarzyny W., której brakuje jedynie odwagi, by wystąpić przed Światem z dramatycznym wyznaniem, że 38-milionowe potomstwo gdzieś się nagle zgubiło? Wózek w pewnym momencie okazał się pusty? Czy może sama (na drodze zabawy w teoretyczną personifikację) okazałaby się dzieckiem, na którym dawno trzeba było dokonać aborcji? A gdy już pewne środowiska zabarykadowały drzwi do wszystkich klinik aborcyjnych  - zrefundować protezy, pokochać, pomóc i przede wszystkim nie mieć żadnych oczekiwań?

Dzisiaj patriotyzm przychodzi nam jakoś z oporem. Jeśli rozmawiamy o Polsce, to raczej w kontekście patologicznej struktury, licznych niedoskonałości, skompromitowanej klasy politycznej, korupcji, niedostatku we wszelkich jego wymiarach, niesprawiedliwości społecznej, braku perspektyw itd. Za co więc ją kochać? Skoro zastanawialibyśmy się nawet czy dodać ją do grona znajomych na Facebooku? Bo może trochę wstyd, bo na pewno będzie "spamić", bo będzie wysyłać zaproszenia do gier (ale tylko tych płatnych), sama nie będzie reagować na wiadomości, będzie ciągle czegoś od nas wymagać nie dając nic w zamian. To po co tak to? Po co taki znajomy?

W konsumpcyjnym Świecie chcielibyśmy może traktować ją jak niedrogą prostytutkę, nie angażować się, nie rozmawiać, ale od czasu do czasu w konkretnym celu ją odwiedzać? Nie wykazywać miłości, ale ją tylko momentami uprawiać? Naciągnąć definicję patriotyzmu na poziom ulotnej chwilowości? Można? Tak, ale w przypadku spełnienia dwóch niezbędnych warunków - musi być atrakcyjna i zdrowa.  Czy jest?

Patriotyzm przychodzi trudno, a jeszcze trudniej go dziś wyrazić. Nie dlatego, że Polska jakoś nas specjalnie nie kokietuje, nie zaprasza na romantyczne kolacje, ba! zapomina o naszych urodzinach! Dlatego raczej, że w stanie pokoju, bez konieczności obrony niepodległości (którą według wielu i tak już dawno utraciliśmy) i granic terytorialnych definiuje się ją inaczej niż poprzez chwytanie za miecz i tarczę, karabin, kamień czy widły, a poprzez obowiązki obywatelskie. Polska nie wymaga już od nas umierania za nią, ale życia dla niej. Jak zdajemy ten egzamin? Nie zabiegamy jakoś specjalnie o płacenie podatków - unikamy ich, nie angażujemy się w życie społeczno - polityczne w celu budowy lepszej Polski, nie bierzemy udziału  w wyborach, własność Państwa traktujemy jak własność tzw. niczyją, ojczyzna staje się dla nas coraz bardziej obojętna, bo nie czujemy od niej żadnego wsparcia, pomocy. Solidarność społeczna zamyka się najwyżej w obrębie naszego gospodarstwa domowego. Dochodzimy do wniosku, że nie warta jest naszych poświęceń. Żyjemy dla siebie, nie dla niej, a czasami nawet wbrew...

Używając tych brutalnych uogólnień nie chcę deprecjonować grup nadal szczerze patriotycznych, świadomych, walczących ze stereotypem patrioty - oszołoma, który poprzez swą ekspresję rzuca się na pierwszy plan.

Kto dziś bowiem najgłośniej zwie się patriotą?

- Ruchy Narodowe, które często bardziej od miłości do swojego narodu pałają nienawiścią do innych nacji.
- Online Soldiers, którzy ochoczo (głównie na portalach społecznościowych lub sondach ulicznych) deklarują obronę kraju w przypadku zagrożenia.
- XXI wieczni husarze, opowiadający się za przywróceniem powszechnego naboru do wojska - bo przecież nadal żyją w przekonaniu, że dziś siłę militarną kraju liczy się w ilości "żołnierzy", którzy na obowiązkowych powszechnych szkoleniach uczą się tyle, co w czasie odbycia dwóch misji w Call of Duty na poziomie MEDIUM? Wojnę widzą przez pryzmat bitwy pod Grunwaldem. Gotowi są w każdej chwili wsiąść na pierwszego napotkanego konia i wraz z nim próbować odeprzeć atak międzykontynentalnej rakiety balistycznej  z głowicą atomową.  
- Prawdziwi Polacy z plakietką Toruńskiego Radia widzących wszędzie dookoła Żydów i masonerię, zakamuflowaną opcję niemiecką i zabójców Lecha Kaczyńskiego. Wyznawcy teorii zamachu, którzy dzięki eksperckiej komisji Antoniego Macierewicza poznają tajniki fizyki, wraz z ową komisją z zaangażowaniem gotują parówki, by szukać analogii pomiędzy jej pęknięciami spowodowanymi procesem gotowania, a wyglądem Tu-154M zaraz po wybuchu trotylu. Ludzi gotowych na znak Pana Antoniego wyjąć zestaw noży ze sztućców sprezentowanych na jednym z pokazów garnków oraz artykułów gospodarstwa domowego i trzymając je kurczowo w garści skłonni są iść podbijać Kreml.

Trudno dziś o patriotyzm, bo albo ciężko nam tak po ludzku wykrzesać miłość (nie z litości) i cierpliwość do upośledzonego, lub kochać tak całkiem bezinteresownie bez nadziei na odwzajemnienie uczucia, albo po prostu pokochać i bać się o wchłonięcie przez wyżej wspomniane mainstreamowe grupy niewątpliwego nacisku. Ciężko, bo... taki mamy klimat.

piątek, 14 marca 2014

Pokój z widokiem na wojnę


Albert Einstein przyznając się publicznie do swej niewiedzy w kwestii ekstrapolacji militarnych trendów w czasie III Wojny Światowej, a prognozując zarazem, że w czasie IV ludzie używać będą patyków i kamieni, jednym zdaniem przekazał więcej sensu, treści i realizmu, niż wszystkie "topowe" media przekazujące ostatnie prognozy dotyczące możliwego konfliktu zbrojnego razem wzięte, x2 i xΠr² pomnożone.

Jako bloger skupiający się na tematyce społeczno - politycznej (jakby to wzniośle nie brzmiało) już dawno powinienem skomentować sytuację na Ukrainie. Zgodnie z apelem Premiera zapalić świeczkę w oknie na znak solidarności z "naszymi braćmi", pozbyć się z mieszkania wszystkiego (ale to wszystkiego!), co może w jakimś stopniu kojarzyć się z Federacją Rosyjską (i gdyby to była nawet najdroższa moskiewska porcelana do kontenera z podpisem "plastik" wyrzucić!) - jak również wszystko, co na "ros" się zaczyna. Z niedzielnych ROSołów przy Familiadzie zrezygnować. Następnie poświęcić kilka godzin na sumienne przestudiowanie potencjału militarnego Rosji, Ukrainy i kilka minut na przeczytanie wszystkiego, czyli 3-4 zdań na wikipedii o naszym ówczesnym wojsku, by dokonać rzetelnego porównania szans w bezpośrednim zbrojnym starciu. Pojechać na Majdan i swoim zdjęciem na wzór Europarlamentarzysty Jacka Kurskiego swój wkład w "wolną Ukrainę" bezceremonialnie wnieść. Powinienem! Tego się od blogera wymaga!

Ja zamiast tego jednak, każdego wieczora/u włączam telewizor - choć wydawało mi się jeszcze niedawno, że owe urządzenie na dobre i bezpowrotnie zmieni swoją funkcję na zwykły monitor do komputera,  siadam, oglądam, słucham i widzę, że wszelkie programy informacyjne zaczynają się i kończą sytuacją w Kijowie, na Krymie, w Moskwie, łzy napływają do oczu i ze wzruszeniem w głosie mruczę sam do siebie po cichutku: "mój Kraj taki piękny!". My już nie jesteśmy bowiem jedynie Miodną Krainą - jak zwykłem ją nazywać, czy Chrystusem Narodów, jesteśmy również Matką Teresą, Mahatmą Gandhim i bohaterem z niskim głosem, czarną peleryną z Gotham City w jednym. Te łzy nie przynoszą więc wstydu. To łzy dumy. Ich się nie wyciera, one kapią współtworząc sól tej ziemi - twardej, ochrzczonej krwią polskiej ziemi. 

Przy okazji rozgryzania przeze mnie przyczyn Katastrofy Smoleńskiej pisałem już o naszej gospodarczej pozycji w Świecie. A trzeba pamiętać, że to nie ranking FIFA, w którym niezłomnie zaprzeczamy prawom matematyki, logiki stosowanej i niestosowanej spadając wydawałoby się już z ostatniego miejsca - co jakiś czas dowiadując się, że ktoś tam pod nami się jednak znajdował.

Pozycja Polski w sensie politycznym, gospodarczym i militarnym jest niezaprzeczalna. Wiemy też, że się z nami liczą i mają świadomość naszej potęgi. Dziś możemy swą siłę wreszcie pokazać i wykorzystać - w grze z silnym podmiotem i odwiecznym wrogiem rzecz jasna - Rosją.

W momencie, gdy najodważniejszymi krokami poczynionymi przez naszych partnerów w NATO jest wyrażanie głębokiego ubolewania z powodu sytuacji na Ukrainie, a w przypływach większego zaangażowania wyrażanie sprzeciwu wobec działań Rosji (wyćwierkane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych na twitterze), my przechodzimy do ostrych działań - nasza dyplomacja wsiada w pierwszego busa do Kijowa, by pokazać środkowy palec do rosyjskiej kamery i krzyknąć "f*ck you Wladimir!". Serce rośnie. W takich chwilach jak te, wiem, że mogę wszystko, mam ochotę zrobić kilka pompek założyć swoje zimowe rękawiczki i iść napluć w twarz Fiodorowi Jemieljanienko wyzywając go na pojedynek w klatce.

Jeśli jakiś sceptyk wspomni mi przy tej okazji o naszym słabym wojsku, o tym, że niby "wątli" jesteśmy, że jedynie nadzieja w stadionowych kibolach - bo tam największa dziś siła, patriotyzm i że to oni pierwsi będą Narodu bronić, pozwolę sobie przypomnieć:

Mamy XXI w. i dzisiejsza wojna różniłaby się od tego, co działo się pod Grunwaldem. Dziś państwo można pokonać poprzez zakazy, sankcje i embarga, do bankructwa poprzez zwykłe działania polityczne. Możemy być więc spokojni. W ręku dzierżymy "pocket rockets" od 966 roku, do tego dochodzi nasza gospodarcza samowystarczalność i dyktowanie warunków pozostałym politycznym podmiotom. Wszelkie kroki Wschodu i Zachodu możemy zatem kwitować ironicznym uśmiechem. Jeden nasz ruch, a we Francji krany zaczną przeciekać, w Anglii naczynia brudem obrosną, w Niemczech wszystkie jabłonki zwiędną, Amerykanom wprowadzimy wizy.

Federacja Rosyjska? Tam rozpoczniemy po prostu ostrą politykę zagraniczną.  


Z nami się nie zadziera...