Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 stycznia 2013

"W tym domu pożar już raczej nie wypali"?

Rysunek Andrzeja Mleczki

Czym jest dziś kontrowersja? Gdzie wyznaczyliśmy sobie swoiste słupy graniczne, których przekroczenie zapewni zszokowanie publiki na tyle, by móc stwierdzić: „kurczę, ja to dopiero jestem kontrowersyjny!”. A może tych słupów już po prostu nie ma?

Kiedyś było łatwiej (że pozwolę sobie na malkontencką retorykę podstarzałego sympatyka systemu komunistycznego). Nie dlatego, że komuna była, że cenzura i wszystko co było robione wbrew woli władzy było kontrowersyjne  Dlatego raczej, że mentalność była inna, potrzeby, a już na pewno nasz ogólnospołeczny apetyt na sensację.

Od wieków kontrowersja była wykorzystywana przez artystów. Świat sztuki i muzyki od lat czerpał korzyści z faktu, że wzbudzanie sensacji poprzez własną twórczość nie tylko nakreśla nowe kanony, ale powoduje, że „się dużo o ich twórcach mówi” – im większa kontrowersja, tym większy rozgłos. Na wykorzystywanie emocji w innych branżach trzeba było poczekać… do czasu znalezienia dobrego „przekaźnika”. 

W ubiegłym stuleciu przeżywaliśmy „wielkie bum” rozwoju mediów, które stały się głównym nośnikiem informacji. Okazały się one jednocześnie naszym „oswajatorem” z ludźmi dziwnymi, zdarzeniami anormalnymi i ze wszystkim tym, co mogło szokować. Przed rozkwitem mediów masowych sensacją we wsi był fakt, że Zenek spod sklepu wypił litr wódki, po czym poszedł swoją świeżo naostrzoną siekierką rąbać drzewo. Cała wieś mogła ochrzcić go „kontrowersyjnym Zenkiem”, co by go zwykłym idiotą nie nazywać. Gdy prasa, radio, TV stały się naszym głównym informatorem o stanie naszego ogólnego jestestwa, naszych zwyczajów, odchyleń i patologii, dowiedzieliśmy się, że nasi sąsiedzi wcale kontrowersyjni nie są… tylko to jacyś spokojni, nudni ludzie są… którzy od czasu do czasu robią coś… najwyżej nietypowego. Zaczęliśmy częściej słyszeć o wymyślnych morderstwach, przypadkach kanibalizmu, pedofilii, nekrofilii, które jeszcze na początku mroziły krew w żyłach, po czym dzięki ulepszeniu radia poprzez wizję oglądaliśmy w TV filmy, w których liczba „trupów” sięgała już setek, a nawet tysięcy. Sceny intymne w filmowych projekcjach, choć na początku ograniczyły się do namiętnych pocałunków „najodważniejszych aktorów w branży”, później zaczęły nabierać coraz bardziej erotycznego wydźwięku, by skończyć na przekazie czysto pornograficznym. Programy telewizyjne przestały być już szablonowe, a pozwalały sobie na coraz więcej spontaniczności, co wiązało się z zaskoczeniem, szokiem i szczyptą kontrowersji. Granice z roku na rok były przekraczane. Coraz mniej mieliśmy tematów tabu. Coraz więcej otwartości, swobody i szeroko rozumianego liberalizmu światopoglądowego.

Nie chciałbym rozwlekać się nad dokładną analizą czasów minionych, malować wymownych planów, które niczym mapy historyczne będą przedstawiać sukcesywne przesuwanie granic, ponieważ jakbym fachowo i profesjonalnie tego nie zrobił… i tak okazałoby się to zbyt powierzchowne. Dlatego zamiast skupiać się na samej ewolucji zjawiska „kontrowersji”, łatwiej spojrzeć w nasze wielkie lustro i zadać sobie pytanie: „a jak to wygląda wszystko teraz?”.     

„Samozwańczych dadaistów” mamy wszędzie. Już nie tylko w sztuce, muzyce, ale i filmie, literaturze, dziennikarstwie, sporcie, biznesie, reklamie... a nawet w Sejmie. Na zrywaniu z tradycją i kanonem można po prostu dobrze zarobić. Wszystko co inne, a najlepiej kontrowersyjne ma szanse wybić się i wystąpić przed szereg. Problem w tym, że z tym wychodzeniem przed szereg już jakoś trudniej. Gdzie byśmy swej nogi nie postawili, okaże się, że tam już jakiś ślad widnieje…

W sztuce, wydawałoby się, mieliśmy do czynienia ze wszystkim, co mogłoby szokować.  Do momentu, gdy Świat nie poznał doktora Von Hagensa, który poprzez plastynację wykorzystywał ciała zwierząt oraz ludzi do swoich wystaw. Dużo mówiło się o wątpliwym pochodzeniu owych ciał, o kierunku w jaką sztuka podąża, ale jak się później okazało, Pan Von Hagens nie jest jedynym „artystą” balansującym na granicy dobrego smaku w sztuce.

W muzyce mieliśmy Madonnę i Marilyna Mansona i wydawało nam się to wówczas delikatnie rzecz ujmując… oryginalne. Dziś ich „pomysły” są powielane i „ostrzone” przez młode zespoły, grupy black – metolowe drą Biblię, zjadają ją popijając wszystko koźlęcą krwią z kielicha, na którym widnieje estetycznie wyryty pentagram. W muzyka pop od samej muzyki ważniejszy jest przekaz erotyczny, który lawiruje na granicy sektora porno. A sam image niektórych „artystek” można pomylić z wyżej wymienioną branżą.  W filmie trudno o doszukanie się jakiejkolwiek granicy. Produkcje typu „Ludzka stonoga”, „Serbski Film” mające swoje premiery dosyć niedawno, tak wysoko zawiesiły poprzeczkę tym, którzy aspirują o miano „kontrowersyjnego scenarzysty/ reżysera”, że trudno wyobrazić sobie już jakiś „efektowny skok". Pomysł zjednoczenia kilku osób w jeden układ pokarmowy mógł wywołać pewien niesmak… ale nie wszystkim wydało się to „kontrowersyjne”. Grupa bohaterów „Jackass” bowiem od lat przyzwyczaja do tego, że można być zdolnym do wszystkiego.

Sport przestał być jedynie wyścigiem o jak najlepsze osiągnięcia. Stał się jednocześnie walką o zrobienie ze swojego nazwiska pewnego rodzaju marki. Marki głośnej, krzykliwej, która będzie kojarzyć się nie tylko z wynikami sportowymi, ale również ze sposobem bycia – nieszablonowym. Pan Balotelli może nie jest największą gwiazdą ligi angielskiej, ale na pewno najjaskrawszą. Częściej niż o jego bramkach czy asystach słyszymy o fajerwerkach puszczanych przez niego we własnej łazience, nielegalnym wtargnięciu do kobiecego więzienia itp. Najwięksi sportowcy stali się celebrytami, walczą o ten sam kawałek chleba (czyt. wartość na rynku reklamy) co aktorzy czy piosenkarze. Sama reklama też musi być zatem bardziej nachalna, bardziej szokująca, by można było ją w ogóle dostrzec. Czy tam słowo „kontrowersja” już nie istnieje? Pewnie istnieje, ale o wywołaniu „szoku” jest już nieporównywalnie trudniej, niż było to możliwe kilka lat temu.

Politycy? Nigdy marketing w polityce nie był tak ważny, jak teraz. To niesie za sobą chęć bycia najgłośniejszym, najpopularniejszym, by przebić się do najważniejszych programów informacyjnych w kraju. Na tej płaszczyźnie również wiele już zrobiono, głównie dzięki Ś.P. Andrzejowi Lepperowi, Panu Januszowi Palikotowi czy Januszowi Korwinowi Mikke. Można zrobić więcej?

Skoro tak rozciągnęliśmy granice i to na wszelkich możliwych powierzchniach, doprowadzamy do zjałowienia rozrywki, ale również swoich emocji. Wszystko okazuje nam się już bowiem poznane, pospolite, dawno przerabiane. Semantyka wyrażeń „dziwne”, „kontrowersyjne” nie będzie mogła być podparta praktycznymi przykładami, a ci którzy z kontrowersji do tej pory żyli będą musieli się przebranżowić. 


A może jeszcze wiele przed nami?



czwartek, 22 listopada 2012

"Wstyd tu twarz swą zakrywa, czerwoną jak wino, między kolana łeb wpycha"



Rysunek Andrzeja Mleczki

Czas pogrzebać resztki swojego patriotyzmu. Patriotyzmu widzianego (jak się okazuje) oczami dużej części Polaków.

Prawdziwy Polak patriota bowiem głosuje na PiS – bo przecież to jedyna partia w której nie ma komunistów, partia w której (przecież!) nikt nie brał udziału w największej kompromitacji RP - „zdradzie okrągłostołowej”, partia będąca jedyną szansą na postawienie kolejnej grubej kreski w naszej historii. Tym razem owa kreska oddzieliłaby nas od wszystkich, od anty-polaków,  komuchów, od Żydów, od Niemców… a już o Rosjanach (czyt. Ruskich) nie wspominając.

Prawdziwy Polak patriota identyfikuje się z wiarą katolicką równie mocno, co z wyżej wymienionym ugrupowaniem. Wszystkich dookoła od zdrajców i złodziei wyzwie, śmierci w męczarniach pożyczy, ale Komunię Świętą w niedzielę ze stoickim spokojem przyjmie – bo przecież katolik!

Prawdziwy Polak patriota lewactwem wszystko co obce/ nieznane/ niezrozumiałe nazwie i „tak mi dopomóż Bóg” zakończy.

Nie chciałbym być zbytnio złośliwy i pogardliwy w stosunku do tego środowiska, więc zdecyduję się nie robić dokładnego portretu psychologicznego dzisiejszego polskiego patrioty… Bo skończy się to skierowaniem w moją stronę kilku (ambitnych w swej formie) epitetów typu: „lewackie ścierwo”, „żydowska ku*wa”. Wolę zostać zwykłym lewakiem i zdrajcą Narodu.

Do (kolejnego już na nonkonformiście) wpisu dotyczącego patriotyzmu natchnął mnie nie tyle pochód ONR 11 listopada, który w pewnym momencie przerodził się w przeciw-narodową manifestację, co echa projekcji nowego filmu Władysława Pasikowskiego: „Pokłosie”. Rok temu komentowałem pochód, więc w tym roku sobie odpuszczę, tym bardziej, że wiele w kwestii „świętowania” przez Polaków Odzyskania Niepodległości niestety się nie zmieniło. Tym bardziej powstrzymam się od daleko idących dywagacji, kto był grzeczny, a kto prowokował… bo wg TVN-u skrajna prawica zawładnęła Warszawą i zrobiła większy burdel, niż był on w PZPN-ie za rządów Grzegorza Lato, a wg Naszego Dziennika ONR to grupa młodych, wykształconych studentów filozofii, kulturoznawstwa i teologii, którzy na widok policjantów strzelających z Ak-47 i chcących ukraść im ich różańce, zaczęli uciekać (co mogło sprawiać wrażenie zorganizowanego ataku) ... (a te łyse głowy to nie identyfikacja z jakimiś środowiskami „skinheadowskimi”, a solidarność i wsparcie dla dzieci po chemioterapii). Wątek naszego sposobu świętowania jest długi, więc wspomnę tylko, że całe to hasło „Odzyskamy Polskę” brzmi tak samo absurdalnie, co niebezpiecznie. Intrygujące, że za rządów SLD (partii, w której aż roiło się w tamtym czasie od osób tworzących poprzedni system) nie było tak zorganizowanych manifestacji przeciw-lewicowych, co dzisiaj. Jeśli ktoś w dzisiejszym Rządzie widzi więcej PZPR-owców, niż w latach 1995-2005 proponuje zagłębić się w temat trochę rzetelniej. Jeśli u aktualnego Prezydenta Bronisława Komorowskiego (walczącego de facto z poprzednim ustrojem) ktoś widzi więcej wspólnego z partią PZPR, niż u byłego Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego… to już nawet do książek nie odwołuję, proponuję wyłączyć RADIO, umyć twarz zimną wodą i spokojnie położyć się na plecach, bo mamy do czynienia z czymś, co nazywamy przedawkowaniem.

Jeśli już przy toruńskiej rozgłośni jesteśmy, to oczywiste wydaje się to, że owe zjawisko z jakim mamy do czynienia dziś w Polsce, wywołane jest m.in. przez odpowiednie media. Media, które ciągle wspominają o lewactwie i manipulacji stalinowsko-hitlerowsko-masońskich mediów: TVN manipuluje, GW manipuluje, „Polityka” manipuluje, „Newsweek” manipuluje, „Wprost” manipuluje, a może prościej: wszystkie mainstreamowe media sterują społeczeństwem… i tylko ci co są na co dzień manipulowani przez "Gazetę Polską", "Nasz Dziennik" i "TV Trwam" są twardzi i tym szatanom się nie dają. Ba! Oni mają swego rodzaju poczucie wyższości, że tworzą elitarną grupę odporną na manipulację… (tylko niestety tę z jednej strony). Bawią się w takie swoje „solidarnościowe podziemie”, mają taki swój (odwołując się do dziecięcych zabaw) namiot zrobiony z kilku koców, mających pozorować mieszkanie i tam przesiadują i lewactwem wszystko, co przeciw-toruńskie nazywają. Kreują się na towarzystwo mądre - tylko dyskryminowane, liczne - ale tłumione, głośne - ale kneblowane. Opcja zapoznawania się z wszelkimi mediami i wyrabianiem sobie swojej opinii odpada. Bo jak to polski Polak urodzony w Polsce ma w zwyczaju – trzeba być albo białym, albo czerwonym – nic po środku – bo wychodzi „pedalski róż”! I trzeba albo chłonąć TVN, albo chłonąć "TV Trwam", albo rozgrzeszać Pana Donalda z każdego grzechu, albo krzyczeć „Jarosław Polskę zbaw!”. I się Polska nasza chwiać raczy.

Jedną z ważniejszych cech prawdziwego Polaka patrioty (o czym wspominałem) jest brak dystansu, brak obiektywizmu i całkowity deficyt cnoty jaką jest zdolność do samokrytyki. Polska wg prawdziwego Polaka patrioty była zawsze bohaterska, waleczna, silna i w historii nie znalazł się żaden Polak, który bohaterski, waleczny nie był… no teraz to co innego, tylko lewactwo się pleni (ale oni z Polską wiele wspólnego nie mają). Ta postawa zobowiązuje. Jak więc prawdziwy Polak patriota ma reagować, jak powstaje w Polsce film, który nie pokazuje walecznego, bohaterskiego Polaka? Mało tego - Żyda w złym świetle nie ukazuje? „Antypolska produkcja!” „Na stos Pasikowskiego razem z tym syjonistą Stuhrem!”, „Lewackie glizdy! Do piachu!” i bach! - Ocena "1" na filmweb.pl, z wyczerpującym uzasadnieniem: „bo Żydem śmierdzi”.

Chciałbym o tym wypaczonym patriotyzmie pisać mając na uwadze, że to jedynie jakieś incydenty… ale nie. Prawe skrzydło "Naszego Godłowego Orła" staje się jakby jakieś bardziej nabrzmiałe, żylaste, a i pióra jakby bardziej nastroszone.   

„…I rzekła na koniec Polska: Ktokolwiek przyjdzie do mnie, będzie wolny i równy, gdyż ja jestem WOLNOŚĆ.”
~ A. Mickiewicz

Oj Adam, Adam…


czwartek, 15 marca 2012

"A to co lśni, niewiele jest warte z reguły"

Rysunek Andrzeja Mleczki

Albert Einstein mawiał, że tylko dwie rzeczy są nieskończone: Wszechświat oraz ludzka głupota, zaznaczając jednocześnie, iż do tej pierwszej pewności nie ma. Dziś, dzięki dalece rozwiniętym mediom, możemy to dostrzec niemal namacalnie. Bo o ile do własnej głupoty jesteśmy w stanie się przyzwyczaić, o tyle trudniej nam zaakceptować to, co otacza nas dookoła, przedziera się do naszych mieszkań w postaci gazet, audycji radiowych i programów telewizyjnych.

Media nazywane przez wielu pierwszą władzą, mającą największy wpływ na społeczeństwo XXI wieku, nie kształtują jedynie naszych poglądów politycznych, ale kreują naszą osobowość, poziomują wrażliwość, zarysowują smak naszego poczucia humoru, są odpowiedzialne za nasz intelektualny rozwój i wywierają olbrzymi wpływ na to, jakimi ludźmi jesteśmy. Są jednocześnie swoistego rodzaju lustrem nas samych. Na taki stan rzeczy ma głównie wpływ coś, co nazywamy popytem. Media kierują się głównie zyskami, a zyski przynoszą ludzie, którzy decydują się na zakup produktu o konkretnej nazwie.

Taka to prosta logika prowadzi do wspomnianego efektu lustra. Prasa - największy udział na rynku w ilości sprzedanych egzemplarzy w roku 2011 miał "Fakt" - dziennik, który delikatnie rzecz ujmując nie powinien być w żadnym stopniu opiniotwórczym medium. Na temat radia trudno cokolwiek powiedzieć, ponieważ zostało ono zepchnięte chyba na dobre do "samochodowej przestrzeni", ewentualnie włączane jest jedynie wtedy, gdy internet i telewizja nie mają racji bytu. Owładnięte tysiącami reklam, przerywanymi przez cyklicznie powtarzające się te same popowe hity. Gdzie miejsce na rozwój jakiejś kultury muzycznej? jakiegoś gatunkowego smaku? Szukamy więc na własną rękę... w internecie. Z tą małą różnicą, że dany niekomercyjny wykonawca, którego odnajdziemy na "wrzucie", "jutjubie", nie wzbogaci się nawet o grosz, dzięki naszej internetowej fascynacji. Zarabia więc kręcąc kebab nie mając już czasu na tworzenie muzyki.
Telewizja za to stała się totalnie zawładnięta kilkoma produkcjami generującymi duże zyski. Telenowele z infantylnym scenariuszem ubranym w coś, co trudno nazwać aktorstwem. Paradokumentalne seriale typu "Trudne Sprawy" bijące rekordy popularności, które niedługo stanowić będą połowę całodobowej ramówki. Programy rozrywkowe typu talent show różniące się jedynie z nazwy i urozmaiconego sposobu głosowania jury, które jest największą gwiazdą owych produkcji. 

Niekwestionowanym mistrzem wyczucia smaku widzów, kreującym przy tym przykry obraz polskiego widza jest stacja TVN i jej ostatnie produkcje. Popołudniowe seriale zmieniające się co sezon, mające scenariusz ten sam, ale innego głównego bohatera (co by widz zdał sobie sprawę, że nie ogląda powtórek), współtworzenie kinowych komedii, będących smutną wizytówką polskiego "poczucia humoru". Zaczerpnięty od konkurenta pomysł na superprodukcję "Ukryta Prawda" i na koniec: wisienki w postaci wieczornych show - Szymon Majewski, który wyznacza kolejne granice "poczucia zażenowania" i nowej produkcji "Woli i Tysio na pokładzie". Jesteśmy jednak uodpornieni, bo wcześniej będziemy mogli posłuchać gości "Rozmów w Toku", którzy udać się powinni raczej do specjalistycznej poradni psychologicznej, a nie publicznie demaskować kolejne granice absurdu (który są oczywiście zręcznie podsycane przez samych producentów i scenarzystów). Nawet ci z potencjałem, ci z tak rzadkim narzędziem, jakim jest intelekt, zdają sobie sprawę, że głupota i prymitywizm błyszczy dziś silniej. Wiedzą, że na profesjonalnym dziennikarstwie, wysublimowanym poczuciu humoru nie można wyrobić sobie silnej pozycji w komercyjnej telewizji, nie można wymieniać Porsche na Ferrari, Ferrari na Maserati i nie miałoby się wieczornego talk show - z imieniem i nazwiskiem w tytule.
Gdy tylko pomyślimy, że to już szczyt i gorzej być nie może, że koniec i już nic dalej nie ma, usłyszymy o produkcji typu "Kac Wawa", która dokona kolejnej intelektualnej pacyfikacji, otworzy oczy szerzej i przekona nas, że granic to my tak naprawdę jeszcze nie znamy...

poniedziałek, 31 października 2011

"Nie wyrzucaj telewizora, zgrzesz myślą, by raz po raz uciec w błogą bezmyślność Z tym, że kiedy będzie już bezdenna...wyłącz."

Rysunek Andrzeja Mleczki

Kiedy już prawie wszyscy mamy za sobą wczesno-jesienne przeziębienie, czas na... jesienne stany depresyjne, które tak łatwo leczone już nie są. Na nic zda się podwójna dawka rutinoscorbinu i witaminy C. Mało tego, trudniej o zwolnienie ze szkoły, studiów, pracy, życia...

Na szczęście mamy kabarety, filmy "komediowe" i wszystko to, co nazwać można emocjonalnym balsamem dla naszych skołatanych nerwów. Czy tak rzeczywiście jest? Czy "dwójkowy" kabareton, polsatowe kabaretowe jubileusze są w stanie uraczyć nas swoim dowcipem i choć przez moment posiadać swoisty eskapistyczny charakter dla naszej zmęczonej codziennością psychiki?

Polska scena kabaretowa uboga przecież z pewnością nie jest... mamy kilka grup, które za pośrednictwem TV, regularnie gości w naszych smutnych, polskich domach, mamy kilka przebijających się przez mainstream i kilka próbujących reaktywować swoją działalność po długim bycie w niebycie. W sumie przeciętny polski Kowalski bez problemu potrafiłby wymienić od 5 do 10 grup kabaretowych. Jeśli więc samą ilością wstydzić się nie musimy, to jak wygląda kwestia ich jakości? Mamy regularne przebieranie się męskiej części kabareciarzy za kobiety - co według samych twórców samo w sobie winno być zabawne,  lawirowanie na granicy rasizmu, antysemityzmui... dobrego smaku, parodie polityków (których zazwyczaj komizmu przejaskrawiać już nie trzeba), ukazywanie niższej strefy społecznej i intelektualnej, okraszonej błędami językowymi, jąkaniem, seplenieniem, no i... to co lubimy najbardziej...wulgaryzmami. Bowiem nawet najmniej śmieszy skecz, może uratować zwykła "kur*a". Wtedy zgromadzona publiczność wybucha spontanicznym śmiechem, nie pamiętając przy tym, że cały skecz nie wywołał na ich zasępionych twarzach nawet subtelnego uśmiechu. Przekleństwa bowiem nabrały u nas paradoksalnie komicznego wyrazu. O ile cenzura momentami przeszkadza kabaretom (w występach na żywo) na rozłożenie skrzydeł, tak w polskich filmach komediowych można już hulać do woli.

Kiedy przeciętny Nowak zapytany zostanie o najlepsze filmy komediowe będzie miał poważny problem... nie chcąc wyłamywać się z ogólno panującego przekonania, (i czy widział, czy nie widział, zrozumiał, czy nie zrozumiał) podniesie dumnie głowęi odpowie: "wiadomo... to MIŚ, SEKSMISJA, yy...  a no REJS jeszcze oczywiście!" A ja... dziękuję Bogu, że nie przypomniał sobie "Dnia Świra", który przerażająco duża część społeczeństwa włącza na... poprawienie nastroju - a... to trochę tak, jakby włączać sobie marsz żałobny, tańczyć pogo i entuzjastycznie skakać po wersalkach.

Co z naszą komediową kinematografią teraz? dzisiaj? mamy w ostatnich latach przecież CIACHO, TESTOSTERON, JAK POZBYĆ SIĘ CELULITU... itp. Sale kinowe pękają w szwach, a publiczność swoim śmiechem potrafi zagłuszyć nawet tych, którzy przychodzą na seans tylko po to, by zjeść popcorn i za pomocą słomki wciągnąć każdą, nawet najmniejszą kroplę coli z plastikowego kubeczka. W dzisiejszych "tworach" dialogi z pewnością do klasyków należeć nie będą... ale mają coś, czego wcześniejsze produkcje nie miały.  Mianowicie chodzi o uniwersalny sposób na rozśmieszenie widza, gdy inwencji  na "woodyallenowski", "monty pythonowski" żart po prostu brakuje. Nikt już dziś przecież nie wspomina filmu "PSY", jako przykładu zwulgaryzowanej formy przekazu, bo dzisiaj każdy projekt bywa takim "szczeniaczkiem", który niestety poza wspomnianą formą nic do zaoferowania nie ma...  ale wielu z nas to wystarcza...

Co z resztą? Co z tymi sztywniakami, których te wysublimowane kabaretowe żarty nie śmieszą, a raczej stają się prehistoryczną wycieczką, swoistym zaznajamianiem się z cudem ewolucji, poprzez ukazywanie potencjalnego zachowania naszych praprzodków. Co jeśli niektórzy z nas idąc na polski film komediowy nie czekają na "mięsne kawałki", by wybuchnąć śmiechem, który zarazem ujawnia ich nadzieję na otrzymanie po seansie orderu dla "błyskotliwego widza"? Co jeśli filmy uznawane przez wielu za komedie (np. te Pana Koterskiego) rozumiane są jako dramaty? Co jeśli "Trudne Sprawy", "Dlaczego Ja?", "Pamiętniki z Wakacji", serial "Klan" pomimo groteskowych wątków nie potrafią zaspokoić głodu dobrego humoru?

Zostaje im leczenie farmakologiczne!?

sobota, 6 listopada 2010

"Gwiazdy? Tak jest kilka, gdzieś tam się zapalają. Widzę je co noc, one galaktyki układają..."

Rysunek Andrzeja Mleczki

Ok, będzie to może wpis pełen banałów, a zarazem stanie się kolejną naiwną próbą podjęcia tematu oklepanego przez wielu krytyków filmowych, muzycznych i tych krytykujących...wszystko. Nie można jednak nie zauważyć tego, że mamy dziś do czynienia z pewnego rodzaju przedefiniowaniem słowa "kultura".Kochamy to słowo, tak jak zresztą słowa "Polska", "Bóg", "Ojczyzna" i równie łatwo nam przychodzi ich deprecjonowanie. Owszem, w wypadku "kultury" mamy jeszcze magiczny dodatek w postaci przymiotnika "masowa" i już nikt nie powinien się obrażać. Każdy powinien spodziewać się innej ligi. Tak czy siak "kulturą" to nadal pozostaje. W dodatku pełną gwiazd. Nie zamierzam śmiać się z programów, które leciały w najlepszym czasie antenowym i polegały na podziwianiu trzecioplanowego bohatera kultowego serialu "M jak Miłość" jak wygląda w łyżwach, słuchaniu czegoś co sama "gwiazda" nazywała "śpiewem", wyczynów cyrkowych "gwiazd" sceny muzycznej. Nie zamierzam, bo od momentu pojawienia się tego typu programów, śmiał się z nich cały naród, co dziwne- ten sam naród siadał wieczorem przed telewizorem i z wypiekami na twarzy śledził postępy wokalne, taneczne i cyrkowe "gwiazd". Trochę jak ze słuchaniem pewnego "gatunku muzycznego"?

Nie sposób o tego typu programach nie wspomnieć, bo były/są sporym  kawałkiem naszej kultury masowej.  O ile trudno wytłumaczyć się ze słabości oglądania "Jak oni śpiewają?", o tyle programy Reality Show typu "Big Brother" można było zgrabnie nazwać eksperymentem psychologicznym, co  dawało niejako moralna przepustkę "wyższym sferom", doktorom psychologii, profesorom socjologii na oglądanie "Wielkiego Brata".
- I Pan to ogląda? Pan? Z  pańskim wykształceniem, z Pana statusem społecznym?
- Yyy, tak, bo...z naukowego punktu widzenia stajemy się naocznymi świadkami jednego z najciekawszych badań dzisiejszej socjologii! "Ja się przy tym nie bawię! ja pracuję!". Emocje związane z nominacjami i wspieranie smsowe swojego faworyta też można było jakoś wytłumaczyć...

Dziś" Wielki Brat" poszedł nieco w odstawkę, mamy XXI wiek! żeby zabłysnąć trzeba mieć talent! Damon Albarn (lider Blur i Gorillaz) porównał brytyjskie programy poszukujące młodych talentów, jak "Idol" czy "Mam Talent!" do "świniobicia". Moja mieszczańska mentalność nie do końca pozwoliła mi zrozumieć tę metaforę. Na szczęście Pan Damon był uprzejmy rozwinąć swą myśl. Mianowicie wyraził niezadowolenie, że przez wyżej wymienione programy zamienia się artystów, ludzi z charakterem i osobowością na bezsensowny produkt. Jeśli rzeczywiście na tym polega świniobicie...to ja w ramach protestu przestaję spożywać wieprzowinę, jednocześnie podpisuje się pod słowami Pana Damona.  

Rzeczywiście idea programów jest szlachetna. Przy okazji sam się przyznaję do ich oglądania. Nie ważne, że stacje kierują się po prostu zyskami. Jedno jest niezaprzeczalne, za ich pomocą,l udzie anonimowi dzięki swojej pracy, talentowi i odwadze, przestają być anonimowi. Z czasem trwania programu niestety muszą często oddawać coś w zamian. Coś co dla prawdziwego artysty jest najważniejsze. Przestają być jacyś, a zaczynają być medialni, muszą spełniać pewne normy i uelastycznić się, by pasować do "gwiazd". I tak to ta nasza "kultura masowa" zatacza koło. Media promują tych, na których jest zapotrzebowanie i coraz bardziej oddalamy się od prawdziwej muzyki, prawdziwego filmu, prawdziwej kultury. Disco polo ma się dobrze, seriale biją rekordy oglądalności, wszystko co wydawałoby się kwintesencją kiczu i prostoty  staje się naszą świątynią. Przodujące stacje radiowe i telewizyjne nie mogą być przez nas krytykowane, bo one są jedynie lustrem naszego gustu. Polska kinematografia specjalizuje się w produkcji "komedii romantycznych", które zwłaszcza 14 lutego zapełniają sale kinowe do granic możliwości. Gosia Andrzejewicz, Kombi, Ivan i Delfin sprzedają tysiące płyt. Zespoły Akcent, Boys i Toples robią furorę na imprezach masowych. W księgarniach łatwiej dostać biografię Justina Biebera niż "Pamięć i Tożsamość" Jana Pawła II - którego o dziwo niemal każdy Polak bez zastanowienia wymienia wśród największych autorytetów- (ten wątek można byłoby rozwinąć, ale już może innym razem...)

Ukryty wmieście krzyk: "NIE IDŹCIE TĄ DROGA..." (nawiązując do pamiętnych słów) na nic się już zda. Karuzela rozkręciła się tak szybko, że nawet ci bardziej wpływowi ode mnie popadli w otchłań rezygnacji...Więc niestety w poszukiwaniu tej prawdziwej "sztuki" jesteśmy zostawieni sami sobie.  Na szczęście jest jeszcze medium, w którym jest miejsce na...dosłownie wszystko...

"Oni, mówię na nich opakowani w folię
Oni, ich życie, wszystko wokół nich jest pozorne
Oni, nawet miłość zapakują w torbę Głupcy co pokochali nie treść, ale formę"

sobota, 12 grudnia 2009

Polskie komedie?


Rysunek Andrzeja Mleczki

Powinienem wspomnieć coś o stanie polskiej kinematografii? Dołączyć do większości sfrustrowanych widzów, krzyczących: "Mamy złe filmy!" Czy stanąć po drugiej stronie i powiedzieć: "Mielibyśmy dobre filmy, gdyby znalazły się na nie pieniądze"? A może problemu nie ma, bo My po prostu nie potrzebujemy dobrych filmów. Jeśli znajdzie się jakaś "perełka", film, w którego realizację nie zostały wpompowane miliony złotych, ale porusza samym scenariuszem jest zazwyczaj niezauważalny lub źle zrozumiany. Więc może ubolewając nad stanem polskiej kinematografii nie powinniśmy zwalać winy na tę drugą stronę (do czego mamy skłonność), a zastanowić się nad sobą- czego oczekujemy? Wbrew pozorom to właśnie my nadajemy kierunek, w jakim podążają polskie produkcje filmowe. Nie od dziś wiadomo, że druga strona kieruje się zyskami. Swojego czasu furorę robiły ekranizacje szkolnych lektur, które biły rekordy frekwencji. Sam uczęszczałem na te filmy i dokładałem 12zł do zysków. Sam w duchu dopingowałem Pana Wajdę i Pana Hoffmana do kolejnych pomysłów. Cóż było lepszego?

Kino zamiast pytania z biologii, kartkówki z historii i 2h polskiego. Wolałem mieć j. polski w pigułce w kinie (i to za jedyne 12zł!) do tego dochodzi to podniecające uczucie towarzyszące przy gaszeniu świateł w sali. Chyba na "Ogniem i Mieczem" miałem przyjemność siedzenia obok atrakcyjnej koleżanki (oczywiście przypadek - tak wypadło przy rozdawaniu biletów) i mogłem poczuć się, że jestem z dziewczyną w kinie! (naturalnie w momencie zgaszenia świateł bo nawet dość daleko posunięta wyobraźnia, nie pozwalała mi zapomnieć o zajętych miejscach przez pół mojej podstawówki) nawet i ta chwila nie trwała długo, bo później czar prysł wraz z szelestem otwieranych chipsów, chrupaniem popcornu, głupich komentarzy itd. Zresztą wspominam to tak, że wszyscy lepiej bawili się przy reklamach przed filmem, niż na samym filmie. Reakcje na poszczególne sceny można wytłumaczyć wiekiem. Czego nie można wytłumaczyć, gdy te reakcje zostają na długie lata. Są częścią nas.

Mam tu namyśli takie produkcje jak "Dzień Świra", który paradoksalnie uważany jest przez wielu za komedię. Chyba pan Koterski nie przypuszczał, że większym dramatem tego filmu będzie sposób zrozumienia jego projektu przez widzów, niż sama kreacja Adama Miauczyńskiego. Ocena tego filmu zależy od sposobu jego postrzegania. Rzeczywiście może być przeciętny jako komedia, ale wybitny jako dramat...By temat był trochę bardziej aktualny posłużę się przykładem filmu: "Galerianki" Katarzyny Rosłaniec. Właśnie ten film  najbardziej zainspirował mnie do poruszenia tego tematu. Będąc na tym filmie w kinie miałem okazję zaobserwować reakcje wielu ludzi- ogólnie na poruszony w tej produkcji problem czy też pojedyncze sceny. I to wyjaśnia moje wcześniejsze przytoczenie wspomnień związanych z oglądaniem filmów wraz z kolegami z podstawówki. No oczywiście nie obyło się bez dodatkowych elementów- mam tu na myśli stukające butelki po piwie w końcowych rzędach. Ale wracając do samego filmu, przy tej całej sielance widzimy obraz odzwierciedlający naszą rzeczywistość (czy jest ona przejaskrawiona, czy nie, w tym momencie ma już mniejsze znaczenie- ważne jest to - film nie jest filmem science fiction), a to, że ktoś zrozumie to jako komedię nie przeszło mi nawet przez myśl. Odpuszczę sobie również przytaczanie scen i poszczególnych reakcji (tym bardziej, że notka zaczyna być długawa i niedługo zacznie odstraszać).

Dążę tylko do wniosku, że przed krytykowaniem polskich filmów, spójrzmy czy problem nie tkwi w nas. Czy tak popularny precedens w postaci kłopotu widza z kategoryzacją filmów, nie eliminuje go automatycznie z jakiejkolwiek oceny i krytyki? Amen.