rysunek sponsorowany przez producentów krzeseł, foteli i LED-owych telewizorów
"Kiedy wszyscy wokół Ciebie równiuteńko idą, Przyjacielu Ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 11 lutego 2014
środa, 8 stycznia 2014
Fakty autentyczne na zmyślonej fikcji oparte
Od tygodni miodna kraina, Polską zwana, została po raz kolejny czarną
peleryną belzebuba przykryta. Nie za sprawą szatańskich poczynań Hello Kitty,
czy działań Janusza Palikota, ale pojęcia, które większość z nas poznało
stosunkowo niedawno, a mianowicie - GENDER.
Ten obco brzmiący termin czytany przez hierarchów Kościoła w sposób
różny: /dżender/, /gendżer/ (by fonetycznie sugerować konotacje eugeniczne), aż
wreszcie /dendżer/ (co chyba najbardziej na niebezpieczeństwo wskazuje) pojawia
się już wszędzie, w prasie, radiu, telewizji, internecie... a zwłaszcza w
kościele. To chyba najwyższy czas, by na blogu nonkonformisty owe plugastwo
zawidniało.
O ile samo pojęcie zna już każdy, o tyle sformułowanie odpowiedniej
definicji, pod którą z czystym sumieniem podpisałyby się wszystkie ideologiczne
frakcje, wydaje się trudniejsze niż udowodnienie, że Anton LaVey w głębi duszy
był wierzącym chrześcijaninem. Pozostaje więc podpisać się pod jedną z
dotychczas obowiązujących definicji lub... napisać własną. Co zapewne mało
zaskakujące - nonkonformista wybiera własną i broni jej z taką samą zawziętością
jak prawica twierdząc, że jest to marksistowska ideologia niszcząca rodzinę,
wypaczająca zdrowe wyobrażenie na temat płci, powodująca chaos w młodych
umysłach, chwiejąca ich świadomością płciową, czy też lewica uważająca, iż to
szansa na doprowadzenie do realnej równości płci,
"odstereotypizowania" i ostatecznego równouprawnienia.
Etymologia terminu GENDER mylnie kojarzona jest z łacińskim słowem genus, a
już na pewno trudno doszukiwać się w nim związku z angielskim podobnie
brzmiącym słowem gender. By należycie skrupulatnie dotrzeć do genezy
owego terminu, należy cofnąć się do czasów, w którym ludzie odkryli, że
werbalna forma komunikacji może okazać się przełomowa w codziennym
funkcjonowaniu, dochodząc do wniosku, że nie wszystko da się w odpowiedni
sposób przekazać gestami - co bez wątpienia potwierdzić może Thamsanqa Jantjies.
Wówczas, kiedy tylko nie wiedziano, jak nazwać coś obrzydliwego, ohydnego i
odrażającego - mówiono po prostu /dżender/. Nie brakuje wiarygodnych plotek, że
ponoć Adam z Ewą w ten właśnie sposób, po kryjomu, nazywali rajskiego węża -
tak, by ten oczywiście tego nie usłyszał. Po latach ewolucji języków,
internacjonalne słowo stało się słowem zakazanym i przeklętym - tym chętniej
zaczerpnięte zostało przez środowiska satanistyczne. Sześć liter, sześć głosek
i co najmroczniejsze - sześć głosek w trakcie czytania słowa od tyłu, było
wystarczająco wymowne. Atrakcyjność słowa pod względem łatwego wyłonienia z
niej symbolicznej liczy 666 nie pozostawiała środowiskom żadnych złudzeń. Mało
skomplikowany rebus polegający na zamianie G na S, E na Z, N na A, D na T, E na
A, R na N potwierdził jedynie skąd owe słowo się tak naprawdę wywodzi. W ten
właśnie sposób /dżender/zostało przywłaszczone przez siły zła, do momentu, gdy
nie zaczęto używać go jako swoistego zaklęcia sprowadzającego niezliczone
nieszczęścia. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że /dżender/ miał wpływ na całe
zło, które nas spotkało. Wszelkie konflikty zbrojne, zabójstwo JFK, Atak na
WTC, wojna domowa w Syrii, żywioły, katastrofy, pedofilia, aborcja, eutanazja,
Justin Bieber. Wszystko, co osłabiło nas demograficznie, cywilizacyjnie,
intelektualnie, czy kulturowo. Wykluczam jedynie Smoleńsk - tam był
trotyl.
Bogota, choć z pewnością nie do końca chlubna geneza terminu gender nie
może przecież oznaczać dziś nic lepszego. Dalej niszczy nas od zewnątrz jak i
od środka. Nie niszczy jedynie rodziny (co wydaje się być oczywiste), ale
niszczy również Kościół.
/Dendżer/ stoi przede wszystkim w całkowitej opozycji do słów z listu
do Efezjan: "Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo
mąż jest głową żony, jak i Chrystus - Głową Kościoła" - kwintesencji
patriarchalnego charakteru wiary chrześcijańskiej. W tym właśnie momencie
należy spojrzeć na problem z największą powagą. Maskulinizacyjny trend Kościoła
Katolickiego w dzisiejszym nowoczesnym społeczeństwie może razić, ale cóż, taka
tradycja. Ewa "powstała" z żebra, Jezus wybrał 12 apostołów, żadnej
apostołki, cała hierarchia kościoła kipi od testosteronu, a kobietę można
spotkać jedynie w kuchni na plebanii. Podnosząc rangę jej funkcji przypuśćmy,
że lud proboszczom bez spasłych brzuchów jakoś nie ufa. Ta specyficzna forma
dominacji jednej płci w KK, która obca jest nawet jednostkom wojskowym, staje
dziś do walki. Otrzepuje się z kurzu po ostatnich pedofilskich wybrykach,
podnosi głowę i chce walki, walki o prawdziwą rodzinę. Jakim orężem? Ano
tradycyjnie, patologicznymi, skrajnymi przykładami. Definicja Gender wg KK jest
bowiem prosta: "gender bracia i siostry, to tłumaczenie dzieciom, by same
wybierały płeć, poprzez zakładanie chłopcom sukienek i obserwację, czy aby na
pewno czują się w nich nieswojo". Ta definicja niestety wielu wydaje się
wystarczać.
Jakiej powagi i rzeczowej dyskusji możemy oczekiwać, gdy po drugiej
stronie feminizm ma twarz Katarzyny Bratkowskiej...
niedziela, 10 listopada 2013
"Nie pytaj co w nas siedzi, to raczej nie jest pokolenie odpowiedzi"
Od
nonkonformizmu do zwykłego krytykanctwa, cechującego się negacją wszystkiego i
wszystkich droga jest naprawdę krótka. Różnica polega jednak na tym, że uzasadniony
nonkonformizm bywa doceniany przez zadeklarowanych konformistów, "krytyk
totalny" natomiast zawsze dostanie etykietkę malkontenta, gbura, aroganta,
buraka i impertynenta. To nic. Czas zaryzykować i ową cienką granicę na chwilę
przekroczyć. Z nutką nieposkromionego dekadentyzmu spojrzeć na to wszystko z
góry, pochylić się nad dzisiejszym Światem i powiedzieć... "uuu dno nigdy
wcześniej nie wydawało się tak głębokie."
Nasz
upadek nie boli. Nie jest przecież gwałtowny. Ciężko pracujemy od lat nad tym,
by konsekwentne dążenie do permanentnego regresu obyczajowego, kulturowego,
społecznego i ekonomicznego nie było zbyt bolesne. Wykonujemy ostrożne kroki ku
dołowi, szczebelek po szczebelku. Wprawdzie co jakiś czas ktoś odważniejszy
wykona skok z większym impetem, by nadać schyłkowi trochę wigoru, niejeden
zgrabnie ześlizgnie się po obręczy, ale tempo staramy się mimo wszystko
kontrolować, kierunek nie - obraliśmy go już dawno.
Nie
jest niespodzianką, że Świat kreowany jest przez pieniądz. Dziś pieniądz tworzą
duże koncerny marki, symbole i idole - porywacze tłumów. Ekonomiczne
rozwarstwienie ówczesnego społeczeństwa następuje coraz gwałtowniej. Przepaść pomiędzy
statusem materialnym największych gwiazd show biznesu i sportu, a statusem
zwykłych obywateli żyjących za najniższą krajową jest już tak niewyobrażalnie
duża, że dzienna pensja tych pierwszych kilkakrotnie przekracza roczną pensję
tych drugich. Finansowa machina jednych doprowadza do szaleństwa z powodu
nadmiaru, innych z powodu niedoboru. Kult pieniądza i materializm powoli
zaciera wszelkie wartości - ci pierwsi walczą, by mieć więcej, ci drudzy, by
mieć cokolwiek. Przy czym zadanie tych drugich okazuje się o wiele trudniejsze.
"Na
szczęście" media podpowiadają jak osiągnąć dziś sukces. Na pierwszych stronach
gazet trudno dostrzec najtęższe umysły, łatwiej "gwiazdy" pokroju
Miley Cyrus. To one kreują styl życia, modę i zachowania. Dzisiejsza muzyka
rozrywkowa nie bazuje na dobrym tekście, wykwintnej linii melodycznej. To tylko
proste treści, łatwe instynktowne przekazy opakowane w odpowiednie pazłotka -
które trudno odróżnić od image'u najtańszej prostytutki.
Obserwując
najpoczytniejsze portale internetowe dowiadujemy się co jadł na śniadanie Justin
Bieber i jaką bieliznę nosi (lub nie) Kim Kardashian. Te "autorytety"
dzisiejszego młodego pokolenia pozbawiły ich jednocześnie możliwości
skomentowania chociażby życiorysu niedawno zmarłego Tadeusza Mazowieckiego - pozostaje
pod artykułem o jego śmierci kliknąć na facebooku "lubię to" - żeby
nie było, że były prem...? prez...? kró...? polityk całkiem obojętny jest...
Gdzie
w tym wszystkim zagubionym świecie polityka? Od lat stuka w to dno od spodu i
dopinguje, by każdy z telemarkiem potrafił wylądować równie zwinnie. Hipokryzja
i cynizm naszej obecnej władzy, afery, które zostają bez konsekwencji ani
politycznych ani prawnych - to nic. Przywykliśmy. Przecież tak jest wszędzie.
Obracamy
się tak z próbą wnikliwej analizy otaczającego nas świata i dochodzimy do
wniosku, że może w religii nadzieja. Lewactwo i massmedia wpajają nam wprawdzie,
że to dla słabych, że Boga nie ma, ale buntujemy się, bierzemy różaniec w rękę
i właśnie w Kościele nadziei szukamy. Wsłuchujemy się w głos księży, pasterzy
naszych (zadowolonych, wracających ze szkół i przedszkoli) i co? Dowiadujemy
się, że winą za to wszystko, za ten nasz lud zepsuty obarczać należy Hello
Kitty - a raczej "HELL o Kitty". Postać domowego kota rasy
"japoński bobtail" z czerwoną kokardką... Taką diagnozę lekarze naszych
dusz wystawiać nam raczą...
I już twarz nam pozostaje tylko z
bezradności i wstydu zakryć, spojrzeć ukradkiem w górę i gorzko zapłakać, bo
nadzieja umarła... ostatnia.
czwartek, 23 maja 2013
Jak jusz przyszłeś, to spujż co tu pisze
Czas się podnieść. Otrzepać, wziąć głęboki
oddech i szepnąć z niepewnym, wręcz wątpliwym uśmiechem: "jeszcze będzie
dobrze, lepiej". Nieśmiało dopuścić myśl: "może to chwilowa
niedyspozycja młodego Narodu, może jakieś społeczne zaćmienie, a później w
ramach nadrobienia zaległości nasze latorośle Harvard, Cambridge spolonizować
raczą. By nasze myśli, marzenia i pseudo-futurystyczne labirynty nie zaszły jednak za daleko, spójrzmy prawdzie w oczy - głupiejemy, co
gorsza zaczynamy tę głupotę coraz bardziej tolerować, pielęgnować, robić
wszystko, by miała się u nas dobrze i przypadkiem nie znalazła nowego,
przytulniejszego dworu. Przecież tak wygodnie tu między Tatrami, a Bałtykiem.
Od trzech, czterech lat internetowa społeczność słysząc odpowiedzi maturzystów na pytania stawiane przez Kubę Jankowskiego z programu "Matura To Bzdura" załamywała ręce. Nie wiedzieć kiedy wybuchła II WŚ, jak nazywali się dotychczasowi Prezydenci III RP, jaki jest wzór na pole kwadratu i kto napisał "Pana Tadeusza", to na pewno powód do wstydu, ale czy na pewno?
Niedawno do sieci trafił kolejny "rarytas" - testowana była tym razem ta młodsza przyszłość Narodu - gimnazjaliści (a tu już samo w sobie brzmi dumnie!). Poziom trudności obniżony do minimum absolutnego i dowiadujemy się, że ówcześni reprezentanci "sceny gimnazjalnej" mają problem z rozgryzieniem pojęcia "kontynent", rozwikłania przekazywanej z pokolenia na pokolenie łamigłówki polegającej na ocenie - co jest cięższe: kilogram pierza czy kamieni, kto jest obecnie Prezydentem RP i ile liczy tuzin. Wstydliwe? Na pewno nie dla owych gimnazjalistów, którzy każdą swoją wydumaną odpowiedź (poprzedzoną filozoficznym westchnieniem): "nie wiem", "oj takie trudne zadajecie" "takich ciężkich nie było, u nas to testy były" podsumowywali śmiechem i dumą - bo przecież gwiazdą Internetu już jutro się staną. Będzie można na necie się obejrzeć, poszturchać się przed lapkiem: "ale lamersko wyszłeś pajacu!", "sam jesteś ciota, dobrze wyszłem!" skopiować na swojego iPhone'a 5 kupionego przez rodziców za pierwszą "dostateczną" w semestrze i chwalić się na gimnazjalnych korytarzach sławą zbudowaną na fundamentach nienagannej elokwencji.
Nie trzeba myślę rozwiewać tu żadnych wątpliwości - to przyszli magistrzy/ magistrowie, ba! część z nich ze stypendium naukowym i silnym przekonaniem, że klasę wyższą z lordowską wyniosłością reprezentują. Część do Sejmu pójdzie, swoje książki wyda (mimo osobiście jednej przeczytanej - Janko Muzykanta w audiobooku) lub kolejne tytuły naukowe pozdobywa. Ale co tam - nikt nam nie zarzuci, że jacyś niewyedukowani jako społeczeństwo jesteśmy! Wykształconych w stopniu wyższym więcej niż komarów w maju.
I choć wydawałoby się, że w tym przeintelektualizowanym Narodzie może już na kulturę miejsca brakować, nic bardziej mylnego. Władza bowiem tak przekonana o kulturowej samoświadomości społecznej od lat bywa, że uważa za niestosowne wręcz dotować cokolwiek, co z kulturą związane - co by tegoż Narodu nie obrażać. Nowoczesne, intelektualne towarzystwo samo się "kulturalizuje" przecież! Nie takie głąby i chamy z Narodu, co by musiały na gest władzy czekać. Teatr Naród sam we własnym zakresie z powodzeniem organizuje, kinematografię przy okazji śledzenia "Trudnych spraw" z owacjami na stojąco docenia, a literatura? Książki - można wziąść i po najmniejszej linii oporu pójść, audiobooka z neta bynajmniej ściągnąć, zamiast kupywać (sic!).
Język?
Nosz... kuuuur*a z tym to Naród nie ma problemu... i na ch*j drążyć temat.
piątek, 4 stycznia 2013
"W tym domu pożar już raczej nie wypali"?
Rysunek Andrzeja Mleczki
Czym jest dziś
kontrowersja? Gdzie wyznaczyliśmy sobie swoiste słupy graniczne, których
przekroczenie zapewni zszokowanie publiki na tyle, by móc stwierdzić: „kurczę,
ja to dopiero jestem kontrowersyjny!”. A może tych słupów już po prostu nie ma?
Kiedyś było łatwiej (że
pozwolę sobie na malkontencką retorykę podstarzałego sympatyka systemu
komunistycznego). Nie dlatego, że komuna była, że cenzura i wszystko co było
robione wbrew woli władzy było kontrowersyjne Dlatego raczej, że
mentalność była inna, potrzeby, a już na pewno nasz ogólnospołeczny apetyt na
sensację.
Od wieków kontrowersja
była wykorzystywana przez artystów. Świat sztuki i muzyki od lat czerpał
korzyści z faktu, że wzbudzanie sensacji poprzez własną twórczość nie tylko
nakreśla nowe kanony, ale powoduje, że „się dużo o ich twórcach mówi” – im
większa kontrowersja, tym większy rozgłos. Na wykorzystywanie emocji w innych
branżach trzeba było poczekać… do czasu znalezienia dobrego
„przekaźnika”.
W ubiegłym stuleciu
przeżywaliśmy „wielkie bum” rozwoju mediów, które stały się głównym nośnikiem
informacji. Okazały się one jednocześnie naszym „oswajatorem” z ludźmi dziwnymi,
zdarzeniami anormalnymi i ze wszystkim tym, co mogło szokować. Przed rozkwitem
mediów masowych sensacją we wsi był fakt, że Zenek spod sklepu wypił litr
wódki, po czym poszedł swoją świeżo naostrzoną siekierką rąbać drzewo. Cała
wieś mogła ochrzcić go „kontrowersyjnym Zenkiem”, co by go zwykłym idiotą
nie nazywać. Gdy prasa, radio, TV stały się naszym głównym informatorem o stanie naszego
ogólnego jestestwa, naszych zwyczajów, odchyleń i patologii,
dowiedzieliśmy się, że nasi sąsiedzi wcale kontrowersyjni nie są… tylko to
jacyś spokojni, nudni ludzie są… którzy od czasu do czasu robią coś… najwyżej
nietypowego. Zaczęliśmy częściej słyszeć o wymyślnych morderstwach, przypadkach
kanibalizmu, pedofilii, nekrofilii, które jeszcze na początku mroziły krew w
żyłach, po czym dzięki ulepszeniu radia poprzez wizję oglądaliśmy w TV filmy, w
których liczba „trupów” sięgała już setek, a nawet tysięcy. Sceny intymne w
filmowych projekcjach, choć na początku ograniczyły się do namiętnych
pocałunków „najodważniejszych aktorów w branży”, później zaczęły nabierać coraz
bardziej erotycznego wydźwięku, by skończyć na przekazie czysto
pornograficznym. Programy telewizyjne przestały być już szablonowe, a pozwalały
sobie na coraz więcej spontaniczności, co wiązało się z zaskoczeniem, szokiem i
szczyptą kontrowersji. Granice z roku na rok były przekraczane. Coraz mniej
mieliśmy tematów tabu. Coraz więcej otwartości, swobody i szeroko rozumianego
liberalizmu światopoglądowego.
Nie chciałbym rozwlekać
się nad dokładną analizą czasów minionych, malować wymownych planów, które
niczym mapy historyczne będą przedstawiać sukcesywne przesuwanie granic, ponieważ
jakbym fachowo i profesjonalnie tego nie zrobił… i tak okazałoby się to zbyt
powierzchowne. Dlatego zamiast skupiać się na samej ewolucji zjawiska
„kontrowersji”, łatwiej spojrzeć w nasze wielkie lustro i zadać sobie
pytanie: „a jak to wygląda wszystko
teraz?”.
„Samozwańczych
dadaistów” mamy wszędzie. Już nie tylko w sztuce, muzyce, ale i filmie,
literaturze, dziennikarstwie, sporcie, biznesie, reklamie... a nawet w Sejmie.
Na zrywaniu z tradycją i kanonem można po prostu dobrze zarobić. Wszystko co
inne, a najlepiej kontrowersyjne ma szanse wybić się i wystąpić przed
szereg. Problem w tym, że z tym wychodzeniem przed szereg już jakoś trudniej.
Gdzie byśmy swej nogi nie postawili, okaże się, że tam już jakiś ślad widnieje…
W sztuce, wydawałoby
się, mieliśmy do czynienia ze wszystkim, co mogłoby szokować. Do momentu,
gdy Świat nie poznał doktora Von Hagensa, który poprzez plastynację
wykorzystywał ciała zwierząt oraz ludzi do swoich wystaw. Dużo mówiło się o
wątpliwym pochodzeniu owych ciał, o kierunku w jaką sztuka podąża, ale jak się
później okazało, Pan Von Hagens nie jest jedynym „artystą” balansującym na
granicy dobrego smaku w sztuce.
W muzyce mieliśmy
Madonnę i Marilyna Mansona i wydawało nam się to wówczas delikatnie rzecz
ujmując… oryginalne. Dziś ich „pomysły” są powielane i „ostrzone” przez młode
zespoły, grupy black – metolowe drą Biblię, zjadają ją popijając wszystko
koźlęcą krwią z kielicha, na którym widnieje estetycznie wyryty pentagram. W
muzyka pop od samej muzyki ważniejszy jest przekaz erotyczny, który lawiruje na granicy
sektora porno. A sam image niektórych „artystek” można pomylić
z wyżej wymienioną branżą. W filmie trudno o doszukanie się jakiejkolwiek
granicy. Produkcje typu „Ludzka stonoga”, „Serbski Film” mające swoje premiery
dosyć niedawno, tak wysoko zawiesiły poprzeczkę tym, którzy aspirują o miano
„kontrowersyjnego scenarzysty/ reżysera”, że trudno wyobrazić sobie już jakiś
„efektowny skok". Pomysł zjednoczenia kilku osób w jeden układ pokarmowy
mógł wywołać pewien niesmak… ale nie wszystkim wydało się to „kontrowersyjne”.
Grupa bohaterów „Jackass” bowiem od lat przyzwyczaja do tego, że można być
zdolnym do wszystkiego.
Sport przestał być
jedynie wyścigiem o jak najlepsze osiągnięcia. Stał się jednocześnie walką o
zrobienie ze swojego nazwiska pewnego rodzaju marki. Marki głośnej, krzykliwej,
która będzie kojarzyć się nie tylko z wynikami sportowymi, ale również ze
sposobem bycia – nieszablonowym. Pan Balotelli może nie jest największą gwiazdą ligi angielskiej, ale na pewno najjaskrawszą. Częściej niż o jego bramkach czy asystach słyszymy o fajerwerkach puszczanych przez niego we własnej łazience, nielegalnym wtargnięciu do kobiecego więzienia itp. Najwięksi sportowcy stali się celebrytami,
walczą o ten sam kawałek chleba (czyt. wartość na rynku reklamy) co aktorzy czy
piosenkarze. Sama reklama też musi być zatem bardziej nachalna, bardziej
szokująca, by można było ją w ogóle dostrzec. Czy tam słowo „kontrowersja” już
nie istnieje? Pewnie istnieje, ale o wywołaniu „szoku” jest już
nieporównywalnie trudniej, niż było to możliwe kilka lat temu.
Politycy? Nigdy
marketing w polityce nie był tak ważny, jak teraz. To niesie za sobą chęć bycia najgłośniejszym, najpopularniejszym, by przebić się do najważniejszych programów
informacyjnych w kraju. Na tej płaszczyźnie również wiele już zrobiono, głównie
dzięki Ś.P. Andrzejowi Lepperowi, Panu Januszowi Palikotowi czy Januszowi Korwinowi Mikke. Można zrobić
więcej?
Skoro tak rozciągnęliśmy granice i to na wszelkich możliwych
powierzchniach, doprowadzamy do zjałowienia rozrywki, ale również swoich
emocji. Wszystko okazuje nam się już bowiem poznane, pospolite, dawno
przerabiane. Semantyka wyrażeń „dziwne”, „kontrowersyjne” nie będzie mogła być
podparta praktycznymi przykładami, a ci którzy z kontrowersji do tej pory żyli
będą musieli się przebranżowić.
A może jeszcze wiele przed nami?
czwartek, 15 marca 2012
"A to co lśni, niewiele jest warte z reguły"
Rysunek Andrzeja Mleczki
Albert Einstein mawiał, że tylko
dwie rzeczy są nieskończone: Wszechświat oraz ludzka głupota, zaznaczając
jednocześnie, iż do tej pierwszej pewności nie ma. Dziś, dzięki dalece
rozwiniętym mediom, możemy to dostrzec niemal namacalnie. Bo o ile do własnej
głupoty jesteśmy w stanie się przyzwyczaić, o tyle trudniej nam zaakceptować
to, co otacza nas dookoła, przedziera się do naszych mieszkań w postaci gazet,
audycji radiowych i programów telewizyjnych.
Media nazywane przez wielu
pierwszą władzą, mającą największy wpływ na społeczeństwo XXI wieku, nie
kształtują jedynie naszych poglądów politycznych, ale kreują naszą osobowość,
poziomują wrażliwość, zarysowują smak naszego poczucia humoru, są
odpowiedzialne za nasz intelektualny rozwój i wywierają olbrzymi wpływ na to,
jakimi ludźmi jesteśmy. Są jednocześnie swoistego rodzaju lustrem nas samych.
Na taki stan rzeczy ma głównie wpływ coś, co nazywamy popytem. Media kierują
się głównie zyskami, a zyski przynoszą ludzie, którzy decydują się na zakup
produktu o konkretnej nazwie.
Taka to prosta logika prowadzi do
wspomnianego efektu lustra. Prasa - największy udział na rynku w ilości
sprzedanych egzemplarzy w roku 2011 miał "Fakt" - dziennik, który
delikatnie rzecz ujmując nie powinien być w żadnym stopniu opiniotwórczym
medium. Na temat radia trudno cokolwiek powiedzieć, ponieważ zostało ono
zepchnięte chyba na dobre do "samochodowej przestrzeni", ewentualnie
włączane jest jedynie wtedy, gdy internet i telewizja nie mają racji bytu.
Owładnięte tysiącami reklam, przerywanymi przez cyklicznie powtarzające się te
same popowe hity. Gdzie miejsce na rozwój jakiejś kultury muzycznej? jakiegoś
gatunkowego smaku? Szukamy więc na własną rękę... w internecie. Z tą małą
różnicą, że dany niekomercyjny wykonawca, którego odnajdziemy na "wrzucie",
"jutjubie", nie wzbogaci się nawet o grosz, dzięki naszej
internetowej fascynacji. Zarabia więc kręcąc kebab nie mając już czasu na
tworzenie muzyki.
Telewizja za to stała się
totalnie zawładnięta kilkoma produkcjami generującymi duże zyski. Telenowele z
infantylnym scenariuszem ubranym w coś, co trudno nazwać aktorstwem.
Paradokumentalne seriale typu "Trudne Sprawy" bijące rekordy
popularności, które niedługo stanowić będą połowę całodobowej ramówki. Programy
rozrywkowe typu talent show różniące się jedynie z nazwy i urozmaiconego
sposobu głosowania jury, które jest największą gwiazdą owych produkcji.
Niekwestionowanym mistrzem
wyczucia smaku widzów, kreującym przy tym przykry obraz polskiego widza jest
stacja TVN i jej ostatnie produkcje. Popołudniowe seriale zmieniające się co
sezon, mające scenariusz ten sam, ale innego głównego bohatera (co by widz zdał
sobie sprawę, że nie ogląda powtórek), współtworzenie kinowych komedii,
będących smutną wizytówką polskiego "poczucia humoru". Zaczerpnięty
od konkurenta pomysł na superprodukcję "Ukryta Prawda" i na koniec:
wisienki w postaci wieczornych show - Szymon Majewski, który wyznacza kolejne
granice "poczucia zażenowania" i nowej produkcji "Woli i Tysio
na pokładzie". Jesteśmy jednak uodpornieni, bo wcześniej będziemy mogli
posłuchać gości "Rozmów w Toku", którzy udać się powinni raczej do
specjalistycznej poradni psychologicznej, a nie publicznie demaskować kolejne
granice absurdu (który są oczywiście zręcznie podsycane przez samych
producentów i scenarzystów). Nawet ci z potencjałem, ci z tak rzadkim
narzędziem, jakim jest intelekt, zdają sobie sprawę, że głupota i prymitywizm
błyszczy dziś silniej. Wiedzą, że na profesjonalnym dziennikarstwie,
wysublimowanym poczuciu humoru nie można wyrobić sobie silnej pozycji w
komercyjnej telewizji, nie można wymieniać Porsche na Ferrari, Ferrari na
Maserati i nie miałoby się wieczornego talk show - z imieniem i nazwiskiem w
tytule.
Gdy tylko pomyślimy, że to już
szczyt i gorzej być nie może, że koniec i już nic dalej nie ma,
usłyszymy o produkcji typu "Kac Wawa", która dokona kolejnej
intelektualnej pacyfikacji, otworzy oczy szerzej i przekona nas, że granic to
my tak naprawdę jeszcze nie znamy...
poniedziałek, 31 października 2011
"Nie wyrzucaj telewizora, zgrzesz myślą, by raz po raz uciec w błogą bezmyślność Z tym, że kiedy będzie już bezdenna...wyłącz."
Rysunek Andrzeja Mleczki
Kiedy już prawie wszyscy mamy za sobą wczesno-jesienne przeziębienie,
czas na... jesienne stany depresyjne, które tak łatwo leczone już nie są. Na
nic zda się podwójna dawka rutinoscorbinu i witaminy C. Mało tego, trudniej o
zwolnienie ze szkoły, studiów, pracy, życia...
Na szczęście mamy kabarety, filmy "komediowe" i wszystko to,
co nazwać można emocjonalnym balsamem dla naszych skołatanych nerwów. Czy tak
rzeczywiście jest? Czy "dwójkowy" kabareton, polsatowe kabaretowe
jubileusze są w stanie uraczyć nas swoim dowcipem i choć przez moment posiadać
swoisty eskapistyczny charakter dla naszej zmęczonej codziennością psychiki?
Polska scena kabaretowa uboga przecież z pewnością nie jest... mamy
kilka grup, które za pośrednictwem TV, regularnie gości w naszych smutnych,
polskich domach, mamy kilka przebijających się przez mainstream i kilka
próbujących reaktywować swoją działalność po długim bycie w niebycie. W sumie
przeciętny polski Kowalski bez problemu potrafiłby wymienić od 5 do 10 grup
kabaretowych. Jeśli więc samą ilością wstydzić się nie musimy, to jak wygląda
kwestia ich jakości? Mamy regularne przebieranie się męskiej części
kabareciarzy za kobiety - co według samych twórców samo w sobie winno być
zabawne, lawirowanie na granicy rasizmu, antysemityzmui... dobrego smaku,
parodie polityków (których zazwyczaj komizmu przejaskrawiać już nie trzeba),
ukazywanie niższej strefy społecznej i intelektualnej, okraszonej błędami językowymi,
jąkaniem, seplenieniem, no i... to co lubimy najbardziej...wulgaryzmami. Bowiem
nawet najmniej śmieszy skecz, może uratować zwykła "kur*a". Wtedy
zgromadzona publiczność wybucha spontanicznym śmiechem, nie pamiętając przy
tym, że cały skecz nie wywołał na ich zasępionych twarzach nawet subtelnego
uśmiechu. Przekleństwa bowiem nabrały u nas paradoksalnie komicznego wyrazu. O
ile cenzura momentami przeszkadza kabaretom (w występach na żywo) na rozłożenie
skrzydeł, tak w polskich filmach komediowych można już hulać do woli.
Kiedy przeciętny Nowak zapytany zostanie o najlepsze filmy komediowe
będzie miał poważny problem... nie chcąc wyłamywać się z ogólno panującego
przekonania, (i czy widział, czy nie widział, zrozumiał, czy nie zrozumiał)
podniesie dumnie głowęi odpowie: "wiadomo... to MIŚ, SEKSMISJA, yy...
a no REJS jeszcze oczywiście!" A ja... dziękuję Bogu, że nie
przypomniał sobie "Dnia Świra", który przerażająco duża część
społeczeństwa włącza na... poprawienie nastroju - a... to trochę tak, jakby
włączać sobie marsz żałobny, tańczyć pogo i entuzjastycznie skakać po
wersalkach.
Co z naszą komediową kinematografią teraz? dzisiaj? mamy w ostatnich
latach przecież CIACHO, TESTOSTERON, JAK POZBYĆ SIĘ CELULITU... itp. Sale
kinowe pękają w szwach, a publiczność swoim śmiechem potrafi zagłuszyć nawet
tych, którzy przychodzą na seans tylko po to, by zjeść popcorn i za pomocą
słomki wciągnąć każdą, nawet najmniejszą kroplę coli z plastikowego kubeczka. W
dzisiejszych "tworach" dialogi z pewnością do klasyków należeć nie
będą... ale mają coś, czego wcześniejsze produkcje nie miały. Mianowicie
chodzi o uniwersalny sposób na rozśmieszenie widza, gdy inwencji na
"woodyallenowski", "monty pythonowski" żart po prostu
brakuje. Nikt już dziś przecież nie wspomina filmu "PSY", jako
przykładu zwulgaryzowanej formy przekazu, bo dzisiaj każdy projekt bywa takim
"szczeniaczkiem", który niestety poza wspomnianą formą nic do
zaoferowania nie ma... ale wielu z nas to wystarcza...
Co z resztą? Co z tymi sztywniakami, których te wysublimowane
kabaretowe żarty nie śmieszą, a raczej stają się prehistoryczną wycieczką,
swoistym zaznajamianiem się z cudem ewolucji, poprzez ukazywanie potencjalnego
zachowania naszych praprzodków. Co jeśli niektórzy z nas idąc na polski
film komediowy nie czekają na "mięsne kawałki", by wybuchnąć
śmiechem, który zarazem ujawnia ich nadzieję na otrzymanie po seansie orderu
dla "błyskotliwego widza"? Co jeśli filmy uznawane przez wielu za
komedie (np. te Pana Koterskiego) rozumiane są jako dramaty? Co jeśli
"Trudne Sprawy", "Dlaczego Ja?", "Pamiętniki z
Wakacji", serial "Klan" pomimo groteskowych wątków nie potrafią
zaspokoić głodu dobrego humoru?
Zostaje im leczenie farmakologiczne!?
piątek, 11 lutego 2011
"...Gdy zaczną na tysięczną modłę Ojczyznę szarpać deklinacją..."
Rysunek Andrzeja Mleczki
Popularne powiedzenie:
"Ucz się, bo jak się nie będziesz uczył, to zostaniesz politykiem!" nabiera
z każdym dniem na autentyczności, a określenie "klasa polityczna" już
niedługo będzie używane jedynie na lekcji polskiego i to odnośnie tematu:
"Figury retoryczne: Oksymoron". Czy politycy robią wszystko, by
uszlachetnić swój zawód? Uparcie przekonują, że zasługują na miano
"reprezentantów Narodu"? Niektórzy na pewno tak. Co z resztą?
Po wyborach
parlamentarnych w 2001 roku, gdy do Sejmu jako Poseł RP wszedł Andrzej Lepper,
a jego ugrupowanie otrzymało ponad 10% poparcia społecznego, nikt się nie
łudził, że Pan Andrzej zakładając garnitur (za połowę rocznych zarobków
Kowalskiego) nie będzie traktował polityki w kategoriach
"kariery". Nikt poza 10% społeczeństwa, które widziało w
nim obrońcę praw rolników. W 2005 roku przyjmując zaszczytne miano wicepremiera
(o zgrozo!) zapowiedział: "wersalu nie będzie" - słowa dotrzymał.
Mieliśmy "żartobliwie" dywagacje wicepremiera, czy można zgwałcić
prostytutkę, instrukcje dla "niedouczonych" koleżanek i kolegów, czym
jest "bredgens" ("taniec na głowie, jakby ktoś nie
wiedział") i wiele innych złotych myśli, które zdominowałyby tenże wpis -
a miejsca mało...
Rok przed wejściem do
Sejmu RP Pana Andrzeja, Gabriel Janowski jakby przeczuwał, że cyrkowy konkurent
już puka. Przed kamerami podskakiwał, poklepywał po plecach każdego, kto
znalazł się w pobliżu, a swoje zachowanie tłumaczył narkotykami, wsypanymi przez
"konkurencję". Okupowanie sejmowej mównicy lub zostawianie woreczków
z sugestią, że to wąglik, wydaje się już w tym przypadku małozaskakujące. Bycie
w Sejmie pod wpływem alkoholu też już nie robi na nikim wrażenia. Jak "się
umie coś tam coś tam", to można być i pijanym! ważne, by to "coś tam
coś tam" robić! Pani Kruk, Pan Dorn, Pan Pałys - oni się akurat dali
złapać...Pan Zbonikowski i Pan Karski pod wpływem alkoholu zorganizowali sobie
wyścigi wózkami golfowymi - nie w Sejmie, więc można wybaczyć. Prezydent
Kwaśniewski też przekroczył granicę - (Tiepierja skażu pa francuski)
„savoir-vivre", ale wytłumaczył to "chorobą filipińską". Pan
Kurski za to, nie ma w zwyczaju stosować się do przepisów ruchów drogowych -
tff... przecież Poseł! A co z ekipą rządzącą? Miro, Rycho i Zbycho mają się
dobrze...nikt przecież nie będzie nikogo karał za spotkania na cmentarzu! Pan
(o ironio!) wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski rozsiądzie się (w swoim
stylu) na fotelu marszałkowskim, pokrzyczy, pożartuje, pobawi się przyciskami.
Pan Węgrzyn po raz kolejny wykaże się poczuciem humoru. Nudno? Niee...
Śmiesznie? Jeśli kiedykolwiek było, to już przestaje...bo gdy pomyślimy, że to
są ci nasi reprezentanci Narodu, to na pocieszenie zostaje nam tylko popatrzeć
na sytuację Włochów i ich Premiera. Bo choć nasz Prezydent nie do końca jeszcze
zna "zasady dobrego wychowania" i zdarzy mu się usiąść, gdy Pani
Merkel nawet nie zdąży zauważyć fotela, może i wiedzę uzupełnia
"wikipedią", może i językowe wpadki stały się Jego znakiem rozpoznawczym,
może i otoczenie Prezydenta dysponuje tylko jednym parasolem, przy okazji
międzynarodowych spotkań, ale naszemu Prezydentowi, ani Premierowi nie
przychodzi do głowy żart, w postaci pozorowania kopulacji z pierwsza lepszą
osobą odwróconą tyłem. Nie organizują imprez o których huczy cała Europa i
przynajmniej próbują być "poważni". Czy to rzeczywiście jest
pocieszające? Pewnie tak samo, jak dla polityków fakt, że nie mamy tu jeszcze
Egiptu (i nie mam tu na myśli piramid), bo palskie społeczeństwo na cierpliwość
posiada krótką datę ważności - znajdzie nowego elektryka, utworzy nowy związek
zawodowy i na ulice...
PS. Wszystkich polityków,
którzy swoimi "działaniami" zasługiwali, by znaleźć się w powyższym
wpisie, gorąco przepraszam za pominięcie. Nie wynika to z braku uznania dla
Państwa charyzmatycznych/cyrkowych/kabaretowych zdolności, a jedynie limitu
znaków w poście, jaki sam sobie narzucam.
sobota, 6 listopada 2010
"Gwiazdy? Tak jest kilka, gdzieś tam się zapalają. Widzę je co noc, one galaktyki układają..."
Rysunek Andrzeja Mleczki
Ok, będzie to może wpis
pełen banałów, a zarazem stanie się kolejną naiwną próbą podjęcia tematu
oklepanego przez wielu krytyków filmowych, muzycznych i tych
krytykujących...wszystko. Nie można jednak nie zauważyć tego, że mamy dziś do
czynienia z pewnego rodzaju przedefiniowaniem słowa "kultura".Kochamy
to słowo, tak jak zresztą słowa "Polska", "Bóg",
"Ojczyzna" i równie łatwo nam przychodzi ich deprecjonowanie. Owszem,
w wypadku "kultury" mamy jeszcze magiczny dodatek w postaci
przymiotnika "masowa" i już nikt nie powinien się obrażać. Każdy
powinien spodziewać się innej ligi. Tak czy siak "kulturą" to nadal
pozostaje. W dodatku pełną gwiazd. Nie zamierzam śmiać się z programów, które
leciały w najlepszym czasie antenowym i polegały na podziwianiu trzecioplanowego
bohatera kultowego serialu "M jak Miłość" jak wygląda w łyżwach,
słuchaniu czegoś co sama "gwiazda" nazywała "śpiewem",
wyczynów cyrkowych "gwiazd" sceny muzycznej. Nie zamierzam, bo od
momentu pojawienia się tego typu programów, śmiał się z nich cały naród, co
dziwne- ten sam naród siadał wieczorem przed telewizorem i z wypiekami na
twarzy śledził postępy wokalne, taneczne i cyrkowe "gwiazd". Trochę
jak ze słuchaniem pewnego "gatunku muzycznego"?
Nie sposób o tego typu
programach nie wspomnieć, bo były/są sporym kawałkiem naszej kultury
masowej. O ile trudno wytłumaczyć się ze słabości oglądania
"Jak oni śpiewają?", o tyle programy Reality Show typu "Big
Brother" można było zgrabnie nazwać eksperymentem psychologicznym,
co dawało niejako moralna przepustkę "wyższym sferom",
doktorom psychologii, profesorom socjologii na oglądanie "Wielkiego
Brata".
- I Pan to ogląda? Pan? Z pańskim wykształceniem, z Pana statusem społecznym?
- Yyy, tak, bo...z naukowego punktu widzenia stajemy się naocznymi świadkami jednego z najciekawszych badań dzisiejszej socjologii! "Ja się przy tym nie bawię! ja pracuję!". Emocje związane z nominacjami i wspieranie smsowe swojego faworyta też można było jakoś wytłumaczyć...
- I Pan to ogląda? Pan? Z pańskim wykształceniem, z Pana statusem społecznym?
- Yyy, tak, bo...z naukowego punktu widzenia stajemy się naocznymi świadkami jednego z najciekawszych badań dzisiejszej socjologii! "Ja się przy tym nie bawię! ja pracuję!". Emocje związane z nominacjami i wspieranie smsowe swojego faworyta też można było jakoś wytłumaczyć...
Dziś" Wielki
Brat" poszedł nieco w odstawkę, mamy XXI wiek! żeby zabłysnąć trzeba mieć
talent! Damon Albarn (lider Blur i Gorillaz) porównał brytyjskie programy
poszukujące młodych talentów, jak "Idol" czy "Mam Talent!"
do "świniobicia". Moja mieszczańska mentalność nie do końca pozwoliła
mi zrozumieć tę metaforę. Na szczęście Pan Damon był uprzejmy rozwinąć swą
myśl. Mianowicie wyraził niezadowolenie, że przez wyżej wymienione programy
zamienia się artystów, ludzi z charakterem i osobowością na bezsensowny
produkt. Jeśli rzeczywiście na tym polega świniobicie...to ja w ramach protestu
przestaję spożywać wieprzowinę, jednocześnie podpisuje się pod słowami Pana
Damona.
Rzeczywiście idea
programów jest szlachetna. Przy okazji sam się przyznaję do ich oglądania. Nie
ważne, że stacje kierują się po prostu zyskami. Jedno jest niezaprzeczalne, za
ich pomocą,l udzie anonimowi dzięki swojej pracy, talentowi i odwadze,
przestają być anonimowi. Z czasem trwania programu niestety muszą często
oddawać coś w zamian. Coś co dla prawdziwego artysty jest najważniejsze.
Przestają być jacyś, a zaczynają być medialni, muszą spełniać pewne normy i
uelastycznić się, by pasować do "gwiazd". I tak to ta nasza
"kultura masowa" zatacza koło. Media promują tych, na których jest
zapotrzebowanie i coraz bardziej oddalamy się od prawdziwej muzyki, prawdziwego
filmu, prawdziwej kultury. Disco polo ma się dobrze, seriale biją rekordy
oglądalności, wszystko co wydawałoby się kwintesencją kiczu i
prostoty staje się naszą świątynią. Przodujące stacje radiowe i
telewizyjne nie mogą być przez nas krytykowane, bo one są jedynie lustrem
naszego gustu. Polska kinematografia specjalizuje się w produkcji "komedii
romantycznych", które zwłaszcza 14 lutego zapełniają sale kinowe do granic
możliwości. Gosia Andrzejewicz, Kombi, Ivan i Delfin sprzedają tysiące płyt.
Zespoły Akcent, Boys i Toples robią furorę na imprezach masowych. W
księgarniach łatwiej dostać biografię Justina Biebera niż "Pamięć i
Tożsamość" Jana Pawła II - którego o dziwo niemal każdy Polak bez
zastanowienia wymienia wśród największych autorytetów- (ten wątek można byłoby
rozwinąć, ale już może innym razem...)
Ukryty wmieście krzyk:
"NIE IDŹCIE TĄ DROGA..." (nawiązując do pamiętnych słów) na nic się
już zda. Karuzela rozkręciła się tak szybko, że nawet ci bardziej wpływowi ode
mnie popadli w otchłań rezygnacji...Więc niestety w poszukiwaniu tej prawdziwej
"sztuki" jesteśmy zostawieni sami sobie. Na szczęście jest
jeszcze medium, w którym jest miejsce na...dosłownie wszystko...
"Oni, mówię na nich opakowani w folię
Oni, ich życie, wszystko wokół nich jest pozorne
Oni, nawet miłość zapakują w torbę Głupcy co pokochali nie treść, ale formę"
środa, 30 grudnia 2009
JP na 100%, czy może tylko 50%?
Rysunek Andrzeja Mleczki
Jesteśmy szczęściarzami...Ciężki czas związany ze żmudną
walką o wolność słowa został należycie wynagrodzony. Mamy to o co walczyliśmy!
(mówię o ogóle społeczeństwa stąd ta pierwsza osoba- bo ja do podstaw
kształtowania demokracji niewiele się przysłużyłem. Wykazując się zresztą niebywałym
sprytem i przewidywalnością wydarzeń – przyszedłem na świat w 87’ i
2 lata podchodziłem do sprawy z daleko-rozumianym dystansem)…Chociaż
jakby się dłużej zastanowić to (płacząc, wiercąc się w łóżeczku, gryząc klocki,
robiąc „kwaśne” miny, wymachując rękami) miałem podobny udział w
strajkach, protestach i utrudnianiu działań tamtejszym władzom co niemała część
dzisiejszych polskich posłów dumnie wypinając pierś, wspominając swoją
„rzekomą” opozycyjną działalność. No ale nie o tym…
sobota, 12 grudnia 2009
Polskie komedie?
Rysunek Andrzeja Mleczki
Powinienem wspomnieć coś
o stanie polskiej kinematografii? Dołączyć do większości sfrustrowanych widzów,
krzyczących: "Mamy złe filmy!" Czy stanąć po drugiej stronie i
powiedzieć: "Mielibyśmy dobre filmy, gdyby znalazły się na nie
pieniądze"? A może problemu nie ma, bo My po prostu nie potrzebujemy
dobrych filmów. Jeśli znajdzie się jakaś "perełka", film, w którego
realizację nie zostały wpompowane miliony złotych, ale porusza samym scenariuszem
jest zazwyczaj niezauważalny lub źle zrozumiany. Więc może ubolewając nad
stanem polskiej kinematografii nie powinniśmy zwalać winy na tę drugą stronę
(do czego mamy skłonność), a zastanowić się nad sobą- czego oczekujemy? Wbrew
pozorom to właśnie my nadajemy kierunek, w jakim podążają polskie produkcje
filmowe. Nie od dziś wiadomo, że druga strona kieruje się zyskami. Swojego
czasu furorę robiły ekranizacje szkolnych lektur, które biły rekordy
frekwencji. Sam uczęszczałem na te filmy i dokładałem 12zł do zysków. Sam w duchu
dopingowałem Pana Wajdę i Pana Hoffmana do kolejnych pomysłów. Cóż było
lepszego?
Kino zamiast pytania z
biologii, kartkówki z historii i 2h polskiego. Wolałem mieć j. polski w pigułce
w kinie (i to za jedyne 12zł!) do tego dochodzi to podniecające uczucie
towarzyszące przy gaszeniu świateł w sali. Chyba na "Ogniem i Mieczem"
miałem przyjemność siedzenia obok atrakcyjnej koleżanki (oczywiście przypadek -
tak wypadło przy rozdawaniu biletów) i mogłem poczuć się, że jestem z
dziewczyną w kinie! (naturalnie w momencie zgaszenia świateł bo nawet dość
daleko posunięta wyobraźnia, nie pozwalała mi zapomnieć o zajętych miejscach
przez pół mojej podstawówki) nawet i ta chwila nie trwała długo, bo później
czar prysł wraz z szelestem otwieranych chipsów, chrupaniem popcornu, głupich
komentarzy itd. Zresztą wspominam to tak, że wszyscy lepiej bawili się przy
reklamach przed filmem, niż na samym filmie. Reakcje na poszczególne sceny
można wytłumaczyć wiekiem. Czego nie można wytłumaczyć, gdy te reakcje zostają
na długie lata. Są częścią nas.
Mam tu namyśli takie
produkcje jak "Dzień Świra", który paradoksalnie uważany jest przez
wielu za komedię. Chyba pan Koterski nie przypuszczał, że większym dramatem
tego filmu będzie sposób zrozumienia jego projektu przez widzów, niż sama
kreacja Adama Miauczyńskiego. Ocena tego filmu zależy od sposobu jego postrzegania.
Rzeczywiście może być przeciętny jako komedia, ale wybitny jako dramat...By
temat był trochę bardziej aktualny posłużę się przykładem filmu:
"Galerianki" Katarzyny Rosłaniec. Właśnie ten film najbardziej
zainspirował mnie do poruszenia tego tematu. Będąc na tym filmie w kinie miałem
okazję zaobserwować reakcje wielu ludzi- ogólnie na poruszony w tej produkcji
problem czy też pojedyncze sceny. I to wyjaśnia moje wcześniejsze przytoczenie
wspomnień związanych z oglądaniem filmów wraz z kolegami z podstawówki. No
oczywiście nie obyło się bez dodatkowych elementów- mam tu na myśli stukające
butelki po piwie w końcowych rzędach. Ale wracając do samego filmu, przy tej
całej sielance widzimy obraz odzwierciedlający naszą rzeczywistość (czy jest
ona przejaskrawiona, czy nie, w tym momencie ma już mniejsze znaczenie- ważne
jest to - film nie jest filmem science fiction), a to, że ktoś zrozumie to jako
komedię nie przeszło mi nawet przez myśl. Odpuszczę sobie również przytaczanie
scen i poszczególnych reakcji (tym bardziej, że notka zaczyna być długawa i
niedługo zacznie odstraszać).
Dążę tylko do wniosku, że
przed krytykowaniem polskich filmów, spójrzmy czy problem nie tkwi w nas. Czy
tak popularny precedens w postaci kłopotu widza z kategoryzacją filmów, nie
eliminuje go automatycznie z jakiejkolwiek oceny i krytyki? Amen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










