Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 lutego 2014

Małe wojny w dużym pokoju

rysunek sponsorowany przez producentów krzeseł, foteli i LED-owych telewizorów



Trudno oprzeć się wrażeniu, że nasza świadomość narodowa polega przede wszystkim na przekonaniu, iż w obrębie naszej szerokości geograficznej szczęście jednostki niesie za sobą szereg skutków ubocznych odbijających się na samopoczuciu ogółu społeczeństwa. Świadomość ta świadczy nie tylko o dojrzałości, ale również o roztropności w codziennym postępowaniu, dostosowaniu się do obowiązujących społecznych standardów, których złamanie karane jest dziś szybko - zwłaszcza w dobie szerokopasmowego Internetu.

             
Niczego odkrywczego nie ma w stwierdzeniu, że sukces naszego rodaka jakoś diabelsko boli, uwiera, niekomfortowo czujemy się z myślą, że to jemu się udało - nie nam (przy czym określenie "udać się" jest tu użyte nie bez znaczenia - ponieważ on nie osiągnął tego rzecz jasna własną pracą, talentem, wysiłkiem i wyrzeczeniami - jemu się po prostu UDAŁO). Nasza religijność pomaga nam na  szczęście i w tych trudnych sytuacjach, wierzymy bowiem w to, że odpowiednia ilość wieczornych modlitw spowoduje, że sąsiadowi dobrze prosperująca firma jednak w końcu padnie, a jeszcze długi zostaną - co za tym idzie, łatwiej nam żyć z faktem, że tacy bezradni to w sumie nie jesteśmy i tak naprawdę sukces oraz życiowy los sąsiada, to trochę w naszych rękach (złożonych) leży.

O bezradności nie ma więc mowy, zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z osobami publicznymi. Nawet największy sukces aktora, muzyka, dziennikarza, pisarza, reżysera możemy znieść dzięki kilku epitetom, wyzwiskom skierowanym w jego kierunku za pośrednictwem portalu internetowego. Jakoś nam łatwiej, ulgę czujemy, możemy wstać od komputera z poczuciem dobrze wypełnionego obywatelskiego obowiązku, mając przy tym poczucie łaskawości Juliusza Cezara, bo przecież można było jeszcze bardziej "pocisnąć".

Ta polska wątpliwa życzliwość, choć trochę stereotypowa i rozdmuchana, ma jednak swoje silnie historyczne i empiryczne zakorzenienie. Zdarzają się mimo wszystko chwile w miodnej krainie, w których przestajemy jednoczyć się w bólu, niechęci i nienawiści, a zaczyna łączyć nas sukces osiągany przez polskich sportowców na arenie międzynarodowej. Nie ma tu nawet szczególnego znaczenia, czy wygrywa reprezentacja Polski w sporcie drużynowym (siatkówki, piłki ręcznej, piłki nożnej - legenda głosi, że kiedyś coś wygraliśmy), czy nasz indywidualny reprezentant z orzełkiem na piersi. Nieważne, sukcesy polskich sportowców jakoś dowartościowują nas wszystkich - odzywa się w nas solidarność i tożsamość narodowa z lekkim nawiązaniem do historii - wygrana z Niemcami i Rosjanami smakuje przecież lepiej. Siadamy przed telewizorem i szykujemy się jak do wojny. Sięgamy pamięcią do klęsk poniesionych z naszymi sąsiadami i tym samym zwiększamy rangę wydarzenia - nawet gdy bez tego jest ona duża. Nie wspominam już więc o napięciu i powadze sytuacji, gdy reprezentacja Polski spotyka się z reprezentacją Rosji na Mistrzostwach Europy na Stadionie Narodowym, ale nawet starcie na szczeblu towarzyskiej polsko - rosyjskiej rozgrywki II- ligowych drużyn krykieta (zakładając, że istnieją - ale swojego czasu nawet "Ministra" Sportu z ilością lig rozgrywkowych danych dyscyplin miała problemy, więc przykład podaje bez większego ciężaru odpowiedzialności za słowa) potrafimy ochrzcić mianem próby rewanżu za rozbiory.

Sport leczy nasze rany, kompleksy i wszelkie dotychczasowe niepowodzenia związane z naszą pozycją polityczno - militarną. Gdy Justyna Kowalczyk zdobywa kolejne punkty w Pucharze Świata nie drżymy, że zarobi więcej niż my przez miesiące pracy. Kiedy Robert Kubica w F1 stawał się coraz bardziej realnym kandydatem do tytułu Mistrza Świata (gdyby tylko kurczę Ferrari jeździł) nie cierpieliśmy na bezsenność, że stanie się bogatszy niż całe drzewo genealogiczne naszej rodziny. Czuliśmy się dumni, że Polska potęgą i wszyscy mogą nam buty czyścić.

Nie wzięli pod uwagę naszych interesów w rozmowach na temat gazociągu północnego? Tak? Dobrze! No to w takim razie Małysz na konkursie w Planicy im pokaże!

Dziś nadarzają się kolejne okazje tych sportowo - patriotycznych uniesień. Zwłaszcza za sprawą Kamila Stocha, którego sukces nie kończy się na zdobyciu olimpijskiego złota. Miło było przecież patrzeć na szachownicę lotniczą na rosyjskim niebie (za sprawą kasku naszego mistrza), a jeszcze z większą satysfakcją słuchać Mazurka Dąbrowskiego na rosyjskiej ziemi. Jest coś jeszcze.

Deklasacja rywali dała bowiem kolejny zastrzyk naszej narodowej dumie, zjednoczyła nas na tyle, że zatwardziały sympatyk PO jest w stanie przybić sobie "piątkę" z wyznawcą teorii zamachu smoleńskiego - bez konsekwencji, że ten drugi po usłyszeniu dźwięku będącego wynikiem przybicia owej "piątki" zmarszczy brwi, zmruży oko i nie zastanowi się czy przypadkiem znów nie "słychać strzałów".

         Powodzenia Panie Kamilu na Dużej Skoczni! Zdobywa Pan nie tylko medale...

środa, 8 stycznia 2014

Fakty autentyczne na zmyślonej fikcji oparte


Od tygodni miodna kraina, Polską zwana, została po raz kolejny czarną peleryną belzebuba przykryta. Nie za sprawą szatańskich poczynań Hello Kitty, czy działań Janusza Palikota, ale pojęcia, które większość z nas poznało stosunkowo niedawno, a mianowicie - GENDER.

Ten obco brzmiący termin czytany przez hierarchów Kościoła w sposób różny: /dżender/, /gendżer/ (by fonetycznie sugerować konotacje eugeniczne), aż wreszcie /dendżer/ (co chyba najbardziej na niebezpieczeństwo wskazuje) pojawia się już wszędzie, w prasie, radiu, telewizji, internecie... a zwłaszcza w kościele. To chyba najwyższy czas, by na blogu nonkonformisty owe plugastwo zawidniało.

O ile samo pojęcie zna już każdy, o tyle sformułowanie odpowiedniej definicji, pod którą z czystym sumieniem podpisałyby się wszystkie ideologiczne frakcje, wydaje się trudniejsze niż udowodnienie, że Anton LaVey w głębi duszy był wierzącym chrześcijaninem. Pozostaje więc podpisać się pod jedną z dotychczas obowiązujących definicji lub... napisać własną. Co zapewne mało zaskakujące - nonkonformista wybiera własną i broni jej z taką samą zawziętością jak prawica twierdząc, że jest to marksistowska ideologia niszcząca rodzinę, wypaczająca zdrowe wyobrażenie na temat płci, powodująca chaos w młodych umysłach, chwiejąca ich świadomością płciową, czy też lewica uważająca, iż to szansa na doprowadzenie do realnej równości płci, "odstereotypizowania" i ostatecznego równouprawnienia.

Etymologia terminu GENDER mylnie kojarzona jest z łacińskim słowem genus, a już na pewno trudno doszukiwać się w nim związku z angielskim podobnie brzmiącym słowem gender. By należycie skrupulatnie dotrzeć do genezy owego terminu, należy cofnąć się do czasów, w którym ludzie odkryli, że werbalna forma komunikacji może okazać się przełomowa w codziennym funkcjonowaniu,  dochodząc do wniosku, że nie wszystko da się w odpowiedni sposób przekazać gestami - co bez wątpienia potwierdzić może Thamsanqa Jantjies. Wówczas, kiedy tylko nie wiedziano, jak nazwać coś obrzydliwego, ohydnego i odrażającego - mówiono po prostu /dżender/. Nie brakuje wiarygodnych plotek, że ponoć Adam z Ewą w ten właśnie sposób, po kryjomu, nazywali rajskiego węża - tak, by ten oczywiście tego nie usłyszał. Po latach ewolucji języków, internacjonalne słowo stało się słowem zakazanym i przeklętym - tym chętniej zaczerpnięte zostało przez środowiska satanistyczne. Sześć liter, sześć głosek i co najmroczniejsze - sześć głosek w trakcie czytania słowa od tyłu, było wystarczająco wymowne. Atrakcyjność słowa pod względem łatwego wyłonienia z niej symbolicznej liczy 666 nie pozostawiała środowiskom żadnych złudzeń. Mało skomplikowany rebus polegający na zamianie G na S, E na Z, N na A, D na T, E na A, R  na N potwierdził jedynie skąd owe słowo się tak naprawdę wywodzi. W ten właśnie sposób /dżender/zostało przywłaszczone przez siły zła, do momentu, gdy nie zaczęto używać go jako swoistego zaklęcia sprowadzającego niezliczone nieszczęścia. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że /dżender/ miał wpływ na całe zło, które nas spotkało. Wszelkie konflikty zbrojne, zabójstwo JFK, Atak na WTC, wojna domowa w Syrii, żywioły, katastrofy, pedofilia, aborcja, eutanazja, Justin Bieber. Wszystko, co osłabiło nas demograficznie, cywilizacyjnie, intelektualnie, czy kulturowo. Wykluczam jedynie Smoleńsk - tam był  trotyl.

Bogota, choć z pewnością nie do końca chlubna geneza terminu gender nie może przecież oznaczać dziś nic lepszego. Dalej niszczy nas od zewnątrz jak i od środka. Nie niszczy jedynie rodziny (co wydaje się być oczywiste), ale niszczy również Kościół.

/Dendżer/ stoi przede wszystkim w całkowitej opozycji do słów z listu do Efezjan: "Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus - Głową Kościoła" - kwintesencji patriarchalnego charakteru wiary chrześcijańskiej.  W tym właśnie momencie należy spojrzeć na problem z największą powagą. Maskulinizacyjny trend Kościoła Katolickiego w dzisiejszym nowoczesnym społeczeństwie może razić, ale cóż, taka tradycja. Ewa "powstała" z żebra, Jezus wybrał 12 apostołów, żadnej apostołki, cała hierarchia kościoła kipi od testosteronu, a kobietę można spotkać jedynie w kuchni na plebanii. Podnosząc rangę jej funkcji przypuśćmy, że lud proboszczom bez spasłych brzuchów jakoś nie ufa. Ta specyficzna forma dominacji jednej płci w KK, która obca jest nawet jednostkom wojskowym, staje dziś do walki. Otrzepuje się z kurzu po ostatnich pedofilskich wybrykach, podnosi głowę i chce walki, walki o prawdziwą rodzinę. Jakim orężem? Ano tradycyjnie, patologicznymi, skrajnymi przykładami. Definicja Gender wg KK jest bowiem prosta: "gender bracia i siostry, to tłumaczenie dzieciom, by same wybierały płeć, poprzez zakładanie chłopcom sukienek i obserwację, czy aby na pewno czują się w nich nieswojo". Ta definicja niestety wielu wydaje się wystarczać.

Jakiej powagi i rzeczowej dyskusji możemy oczekiwać, gdy po drugiej stronie feminizm ma twarz Katarzyny Bratkowskiej...

niedziela, 10 listopada 2013

"Nie pytaj co w nas siedzi, to raczej nie jest pokolenie odpowiedzi"



Od nonkonformizmu do zwykłego krytykanctwa, cechującego się negacją wszystkiego i wszystkich droga jest naprawdę krótka. Różnica polega jednak na tym, że uzasadniony nonkonformizm bywa doceniany przez zadeklarowanych konformistów, "krytyk totalny" natomiast zawsze dostanie etykietkę malkontenta, gbura, aroganta, buraka i impertynenta. To nic. Czas zaryzykować i ową cienką granicę na chwilę przekroczyć. Z nutką nieposkromionego dekadentyzmu spojrzeć na to wszystko z góry, pochylić się nad dzisiejszym Światem i powiedzieć... "uuu dno nigdy wcześniej nie wydawało się tak głębokie."

Nasz upadek nie boli. Nie jest przecież gwałtowny. Ciężko pracujemy od lat nad tym, by konsekwentne dążenie do permanentnego regresu obyczajowego, kulturowego, społecznego i ekonomicznego nie było zbyt bolesne. Wykonujemy ostrożne kroki ku dołowi, szczebelek po szczebelku. Wprawdzie co jakiś czas ktoś odważniejszy wykona skok z większym impetem, by nadać schyłkowi trochę wigoru, niejeden zgrabnie ześlizgnie się po obręczy, ale tempo staramy się mimo wszystko kontrolować, kierunek nie - obraliśmy go już dawno.

Nie jest niespodzianką, że Świat kreowany jest przez pieniądz. Dziś pieniądz tworzą duże koncerny marki, symbole i idole - porywacze tłumów. Ekonomiczne rozwarstwienie ówczesnego społeczeństwa następuje coraz gwałtowniej. Przepaść pomiędzy statusem materialnym największych gwiazd show biznesu i sportu, a statusem zwykłych obywateli żyjących za najniższą krajową jest już tak niewyobrażalnie duża, że dzienna pensja tych pierwszych kilkakrotnie przekracza roczną pensję tych drugich. Finansowa machina jednych doprowadza do szaleństwa z powodu nadmiaru, innych z powodu niedoboru. Kult pieniądza i materializm powoli zaciera wszelkie wartości - ci pierwsi walczą, by mieć więcej, ci drudzy, by mieć cokolwiek. Przy czym zadanie tych drugich okazuje się o wiele trudniejsze.

"Na szczęście" media podpowiadają jak osiągnąć dziś sukces. Na pierwszych stronach gazet trudno dostrzec najtęższe umysły, łatwiej "gwiazdy" pokroju Miley Cyrus. To one kreują styl życia, modę i zachowania. Dzisiejsza muzyka rozrywkowa nie bazuje na dobrym tekście, wykwintnej linii melodycznej. To tylko proste treści, łatwe instynktowne przekazy opakowane w odpowiednie pazłotka - które trudno odróżnić od image'u najtańszej prostytutki.

Obserwując najpoczytniejsze portale internetowe dowiadujemy się co jadł na śniadanie Justin Bieber i jaką bieliznę nosi (lub nie) Kim Kardashian. Te "autorytety" dzisiejszego młodego pokolenia pozbawiły ich jednocześnie możliwości skomentowania chociażby życiorysu niedawno zmarłego Tadeusza Mazowieckiego - pozostaje pod artykułem o jego śmierci kliknąć na facebooku "lubię to" - żeby nie było, że były prem...? prez...? kró...? polityk całkiem obojętny jest...

Gdzie w tym wszystkim zagubionym świecie polityka? Od lat stuka w to dno od spodu i dopinguje, by każdy z telemarkiem potrafił wylądować równie zwinnie. Hipokryzja i cynizm naszej obecnej władzy, afery, które zostają bez konsekwencji ani politycznych ani prawnych - to nic. Przywykliśmy. Przecież tak jest wszędzie.

Obracamy się tak z próbą wnikliwej analizy otaczającego nas świata i dochodzimy do wniosku, że może w religii nadzieja. Lewactwo i massmedia wpajają nam wprawdzie, że to dla słabych, że Boga nie ma, ale buntujemy się, bierzemy różaniec w rękę i właśnie w Kościele nadziei szukamy. Wsłuchujemy się w głos księży, pasterzy naszych (zadowolonych, wracających ze szkół i przedszkoli) i co? Dowiadujemy się, że winą za to wszystko, za ten nasz lud zepsuty obarczać należy Hello Kitty - a raczej "HELL o Kitty". Postać domowego kota rasy "japoński bobtail" z czerwoną kokardką... Taką diagnozę lekarze naszych dusz wystawiać nam raczą...
I już twarz nam pozostaje tylko z bezradności i wstydu zakryć, spojrzeć ukradkiem w górę i gorzko zapłakać, bo nadzieja umarła... ostatnia. 

czwartek, 23 maja 2013

Jak jusz przyszłeś, to spujż co tu pisze



Czas się podnieść. Otrzepać, wziąć głęboki oddech i szepnąć z niepewnym, wręcz wątpliwym uśmiechem: "jeszcze będzie dobrze, lepiej". Nieśmiało dopuścić myśl: "może to chwilowa niedyspozycja młodego Narodu, może jakieś społeczne zaćmienie, a później w ramach nadrobienia zaległości nasze latorośle Harvard, Cambridge spolonizować raczą. By nasze myśli, marzenia i pseudo-futurystyczne labirynty  nie zaszły jednak za daleko,  spójrzmy prawdzie w oczy - głupiejemy, co gorsza zaczynamy tę głupotę coraz bardziej tolerować, pielęgnować, robić wszystko, by miała się u nas dobrze i przypadkiem nie znalazła nowego, przytulniejszego dworu. Przecież tak wygodnie tu między Tatrami, a Bałtykiem.


Od trzech, czterech lat internetowa społeczność słysząc odpowiedzi maturzystów na pytania stawiane przez Kubę Jankowskiego z programu "Matura To Bzdura" załamywała ręce. Nie wiedzieć kiedy wybuchła II WŚ, jak nazywali się dotychczasowi Prezydenci III RP, jaki jest wzór na pole kwadratu i kto napisał "Pana Tadeusza", to na pewno powód do wstydu, ale czy na pewno?


Niedawno do sieci trafił kolejny "rarytas" - testowana była tym razem ta młodsza przyszłość Narodu - gimnazjaliści (a tu już samo w sobie brzmi dumnie!). Poziom trudności obniżony do minimum absolutnego i dowiadujemy się, że ówcześni reprezentanci "sceny gimnazjalnej" mają problem z rozgryzieniem pojęcia "kontynent", rozwikłania przekazywanej z pokolenia na pokolenie łamigłówki polegającej na ocenie - co jest cięższe: kilogram pierza czy kamieni, kto jest obecnie Prezydentem RP i ile liczy tuzin. Wstydliwe? Na pewno nie dla owych gimnazjalistów, którzy każdą swoją wydumaną odpowiedź (poprzedzoną filozoficznym westchnieniem): "nie wiem", "oj takie trudne zadajecie" "takich ciężkich nie było, u nas to testy były" podsumowywali śmiechem i dumą - bo przecież gwiazdą Internetu już jutro się staną. Będzie można na necie się obejrzeć, poszturchać się przed lapkiem: "ale lamersko wyszłeś pajacu!", "sam jesteś ciota, dobrze wyszłem!" skopiować na swojego iPhone'a 5 kupionego przez rodziców za pierwszą "dostateczną" w semestrze i chwalić się na gimnazjalnych korytarzach sławą zbudowaną na fundamentach nienagannej elokwencji.


Nie trzeba myślę rozwiewać tu żadnych wątpliwości - to przyszli magistrzy/ magistrowie, ba! część z nich ze stypendium naukowym i silnym przekonaniem, że klasę wyższą z lordowską wyniosłością reprezentują. Część do Sejmu pójdzie, swoje książki wyda (mimo osobiście  jednej przeczytanej - Janko Muzykanta w audiobooku) lub kolejne tytuły naukowe pozdobywa. Ale co tam - nikt nam nie zarzuci, że jacyś niewyedukowani jako społeczeństwo jesteśmy! Wykształconych w stopniu wyższym więcej niż komarów w maju.


I choć wydawałoby się, że w tym przeintelektualizowanym Narodzie może już na kulturę miejsca brakować, nic bardziej mylnego. Władza bowiem tak przekonana o kulturowej samoświadomości społecznej od lat bywa, że uważa za niestosowne wręcz dotować cokolwiek, co z kulturą związane - co by tegoż Narodu nie obrażać. Nowoczesne, intelektualne towarzystwo samo się "kulturalizuje" przecież!  Nie takie głąby i chamy z Narodu, co by musiały na gest władzy czekać. Teatr Naród sam we własnym zakresie z powodzeniem organizuje, kinematografię przy okazji śledzenia "Trudnych spraw" z owacjami na stojąco docenia, a literatura?  Książki - można wziąść i po najmniejszej linii oporu pójść, audiobooka z neta bynajmniej ściągnąć, zamiast kupywać (sic!).

Język?
Nosz... kuuuur*a z tym to Naród nie ma problemu... i na ch*j drążyć  temat.

  

piątek, 4 stycznia 2013

"W tym domu pożar już raczej nie wypali"?

Rysunek Andrzeja Mleczki

Czym jest dziś kontrowersja? Gdzie wyznaczyliśmy sobie swoiste słupy graniczne, których przekroczenie zapewni zszokowanie publiki na tyle, by móc stwierdzić: „kurczę, ja to dopiero jestem kontrowersyjny!”. A może tych słupów już po prostu nie ma?

Kiedyś było łatwiej (że pozwolę sobie na malkontencką retorykę podstarzałego sympatyka systemu komunistycznego). Nie dlatego, że komuna była, że cenzura i wszystko co było robione wbrew woli władzy było kontrowersyjne  Dlatego raczej, że mentalność była inna, potrzeby, a już na pewno nasz ogólnospołeczny apetyt na sensację.

Od wieków kontrowersja była wykorzystywana przez artystów. Świat sztuki i muzyki od lat czerpał korzyści z faktu, że wzbudzanie sensacji poprzez własną twórczość nie tylko nakreśla nowe kanony, ale powoduje, że „się dużo o ich twórcach mówi” – im większa kontrowersja, tym większy rozgłos. Na wykorzystywanie emocji w innych branżach trzeba było poczekać… do czasu znalezienia dobrego „przekaźnika”. 

W ubiegłym stuleciu przeżywaliśmy „wielkie bum” rozwoju mediów, które stały się głównym nośnikiem informacji. Okazały się one jednocześnie naszym „oswajatorem” z ludźmi dziwnymi, zdarzeniami anormalnymi i ze wszystkim tym, co mogło szokować. Przed rozkwitem mediów masowych sensacją we wsi był fakt, że Zenek spod sklepu wypił litr wódki, po czym poszedł swoją świeżo naostrzoną siekierką rąbać drzewo. Cała wieś mogła ochrzcić go „kontrowersyjnym Zenkiem”, co by go zwykłym idiotą nie nazywać. Gdy prasa, radio, TV stały się naszym głównym informatorem o stanie naszego ogólnego jestestwa, naszych zwyczajów, odchyleń i patologii, dowiedzieliśmy się, że nasi sąsiedzi wcale kontrowersyjni nie są… tylko to jacyś spokojni, nudni ludzie są… którzy od czasu do czasu robią coś… najwyżej nietypowego. Zaczęliśmy częściej słyszeć o wymyślnych morderstwach, przypadkach kanibalizmu, pedofilii, nekrofilii, które jeszcze na początku mroziły krew w żyłach, po czym dzięki ulepszeniu radia poprzez wizję oglądaliśmy w TV filmy, w których liczba „trupów” sięgała już setek, a nawet tysięcy. Sceny intymne w filmowych projekcjach, choć na początku ograniczyły się do namiętnych pocałunków „najodważniejszych aktorów w branży”, później zaczęły nabierać coraz bardziej erotycznego wydźwięku, by skończyć na przekazie czysto pornograficznym. Programy telewizyjne przestały być już szablonowe, a pozwalały sobie na coraz więcej spontaniczności, co wiązało się z zaskoczeniem, szokiem i szczyptą kontrowersji. Granice z roku na rok były przekraczane. Coraz mniej mieliśmy tematów tabu. Coraz więcej otwartości, swobody i szeroko rozumianego liberalizmu światopoglądowego.

Nie chciałbym rozwlekać się nad dokładną analizą czasów minionych, malować wymownych planów, które niczym mapy historyczne będą przedstawiać sukcesywne przesuwanie granic, ponieważ jakbym fachowo i profesjonalnie tego nie zrobił… i tak okazałoby się to zbyt powierzchowne. Dlatego zamiast skupiać się na samej ewolucji zjawiska „kontrowersji”, łatwiej spojrzeć w nasze wielkie lustro i zadać sobie pytanie: „a jak to wygląda wszystko teraz?”.     

„Samozwańczych dadaistów” mamy wszędzie. Już nie tylko w sztuce, muzyce, ale i filmie, literaturze, dziennikarstwie, sporcie, biznesie, reklamie... a nawet w Sejmie. Na zrywaniu z tradycją i kanonem można po prostu dobrze zarobić. Wszystko co inne, a najlepiej kontrowersyjne ma szanse wybić się i wystąpić przed szereg. Problem w tym, że z tym wychodzeniem przed szereg już jakoś trudniej. Gdzie byśmy swej nogi nie postawili, okaże się, że tam już jakiś ślad widnieje…

W sztuce, wydawałoby się, mieliśmy do czynienia ze wszystkim, co mogłoby szokować.  Do momentu, gdy Świat nie poznał doktora Von Hagensa, który poprzez plastynację wykorzystywał ciała zwierząt oraz ludzi do swoich wystaw. Dużo mówiło się o wątpliwym pochodzeniu owych ciał, o kierunku w jaką sztuka podąża, ale jak się później okazało, Pan Von Hagens nie jest jedynym „artystą” balansującym na granicy dobrego smaku w sztuce.

W muzyce mieliśmy Madonnę i Marilyna Mansona i wydawało nam się to wówczas delikatnie rzecz ujmując… oryginalne. Dziś ich „pomysły” są powielane i „ostrzone” przez młode zespoły, grupy black – metolowe drą Biblię, zjadają ją popijając wszystko koźlęcą krwią z kielicha, na którym widnieje estetycznie wyryty pentagram. W muzyka pop od samej muzyki ważniejszy jest przekaz erotyczny, który lawiruje na granicy sektora porno. A sam image niektórych „artystek” można pomylić z wyżej wymienioną branżą.  W filmie trudno o doszukanie się jakiejkolwiek granicy. Produkcje typu „Ludzka stonoga”, „Serbski Film” mające swoje premiery dosyć niedawno, tak wysoko zawiesiły poprzeczkę tym, którzy aspirują o miano „kontrowersyjnego scenarzysty/ reżysera”, że trudno wyobrazić sobie już jakiś „efektowny skok". Pomysł zjednoczenia kilku osób w jeden układ pokarmowy mógł wywołać pewien niesmak… ale nie wszystkim wydało się to „kontrowersyjne”. Grupa bohaterów „Jackass” bowiem od lat przyzwyczaja do tego, że można być zdolnym do wszystkiego.

Sport przestał być jedynie wyścigiem o jak najlepsze osiągnięcia. Stał się jednocześnie walką o zrobienie ze swojego nazwiska pewnego rodzaju marki. Marki głośnej, krzykliwej, która będzie kojarzyć się nie tylko z wynikami sportowymi, ale również ze sposobem bycia – nieszablonowym. Pan Balotelli może nie jest największą gwiazdą ligi angielskiej, ale na pewno najjaskrawszą. Częściej niż o jego bramkach czy asystach słyszymy o fajerwerkach puszczanych przez niego we własnej łazience, nielegalnym wtargnięciu do kobiecego więzienia itp. Najwięksi sportowcy stali się celebrytami, walczą o ten sam kawałek chleba (czyt. wartość na rynku reklamy) co aktorzy czy piosenkarze. Sama reklama też musi być zatem bardziej nachalna, bardziej szokująca, by można było ją w ogóle dostrzec. Czy tam słowo „kontrowersja” już nie istnieje? Pewnie istnieje, ale o wywołaniu „szoku” jest już nieporównywalnie trudniej, niż było to możliwe kilka lat temu.

Politycy? Nigdy marketing w polityce nie był tak ważny, jak teraz. To niesie za sobą chęć bycia najgłośniejszym, najpopularniejszym, by przebić się do najważniejszych programów informacyjnych w kraju. Na tej płaszczyźnie również wiele już zrobiono, głównie dzięki Ś.P. Andrzejowi Lepperowi, Panu Januszowi Palikotowi czy Januszowi Korwinowi Mikke. Można zrobić więcej?

Skoro tak rozciągnęliśmy granice i to na wszelkich możliwych powierzchniach, doprowadzamy do zjałowienia rozrywki, ale również swoich emocji. Wszystko okazuje nam się już bowiem poznane, pospolite, dawno przerabiane. Semantyka wyrażeń „dziwne”, „kontrowersyjne” nie będzie mogła być podparta praktycznymi przykładami, a ci którzy z kontrowersji do tej pory żyli będą musieli się przebranżowić. 


A może jeszcze wiele przed nami?



czwartek, 15 marca 2012

"A to co lśni, niewiele jest warte z reguły"

Rysunek Andrzeja Mleczki

Albert Einstein mawiał, że tylko dwie rzeczy są nieskończone: Wszechświat oraz ludzka głupota, zaznaczając jednocześnie, iż do tej pierwszej pewności nie ma. Dziś, dzięki dalece rozwiniętym mediom, możemy to dostrzec niemal namacalnie. Bo o ile do własnej głupoty jesteśmy w stanie się przyzwyczaić, o tyle trudniej nam zaakceptować to, co otacza nas dookoła, przedziera się do naszych mieszkań w postaci gazet, audycji radiowych i programów telewizyjnych.

Media nazywane przez wielu pierwszą władzą, mającą największy wpływ na społeczeństwo XXI wieku, nie kształtują jedynie naszych poglądów politycznych, ale kreują naszą osobowość, poziomują wrażliwość, zarysowują smak naszego poczucia humoru, są odpowiedzialne za nasz intelektualny rozwój i wywierają olbrzymi wpływ na to, jakimi ludźmi jesteśmy. Są jednocześnie swoistego rodzaju lustrem nas samych. Na taki stan rzeczy ma głównie wpływ coś, co nazywamy popytem. Media kierują się głównie zyskami, a zyski przynoszą ludzie, którzy decydują się na zakup produktu o konkretnej nazwie.

Taka to prosta logika prowadzi do wspomnianego efektu lustra. Prasa - największy udział na rynku w ilości sprzedanych egzemplarzy w roku 2011 miał "Fakt" - dziennik, który delikatnie rzecz ujmując nie powinien być w żadnym stopniu opiniotwórczym medium. Na temat radia trudno cokolwiek powiedzieć, ponieważ zostało ono zepchnięte chyba na dobre do "samochodowej przestrzeni", ewentualnie włączane jest jedynie wtedy, gdy internet i telewizja nie mają racji bytu. Owładnięte tysiącami reklam, przerywanymi przez cyklicznie powtarzające się te same popowe hity. Gdzie miejsce na rozwój jakiejś kultury muzycznej? jakiegoś gatunkowego smaku? Szukamy więc na własną rękę... w internecie. Z tą małą różnicą, że dany niekomercyjny wykonawca, którego odnajdziemy na "wrzucie", "jutjubie", nie wzbogaci się nawet o grosz, dzięki naszej internetowej fascynacji. Zarabia więc kręcąc kebab nie mając już czasu na tworzenie muzyki.
Telewizja za to stała się totalnie zawładnięta kilkoma produkcjami generującymi duże zyski. Telenowele z infantylnym scenariuszem ubranym w coś, co trudno nazwać aktorstwem. Paradokumentalne seriale typu "Trudne Sprawy" bijące rekordy popularności, które niedługo stanowić będą połowę całodobowej ramówki. Programy rozrywkowe typu talent show różniące się jedynie z nazwy i urozmaiconego sposobu głosowania jury, które jest największą gwiazdą owych produkcji. 

Niekwestionowanym mistrzem wyczucia smaku widzów, kreującym przy tym przykry obraz polskiego widza jest stacja TVN i jej ostatnie produkcje. Popołudniowe seriale zmieniające się co sezon, mające scenariusz ten sam, ale innego głównego bohatera (co by widz zdał sobie sprawę, że nie ogląda powtórek), współtworzenie kinowych komedii, będących smutną wizytówką polskiego "poczucia humoru". Zaczerpnięty od konkurenta pomysł na superprodukcję "Ukryta Prawda" i na koniec: wisienki w postaci wieczornych show - Szymon Majewski, który wyznacza kolejne granice "poczucia zażenowania" i nowej produkcji "Woli i Tysio na pokładzie". Jesteśmy jednak uodpornieni, bo wcześniej będziemy mogli posłuchać gości "Rozmów w Toku", którzy udać się powinni raczej do specjalistycznej poradni psychologicznej, a nie publicznie demaskować kolejne granice absurdu (który są oczywiście zręcznie podsycane przez samych producentów i scenarzystów). Nawet ci z potencjałem, ci z tak rzadkim narzędziem, jakim jest intelekt, zdają sobie sprawę, że głupota i prymitywizm błyszczy dziś silniej. Wiedzą, że na profesjonalnym dziennikarstwie, wysublimowanym poczuciu humoru nie można wyrobić sobie silnej pozycji w komercyjnej telewizji, nie można wymieniać Porsche na Ferrari, Ferrari na Maserati i nie miałoby się wieczornego talk show - z imieniem i nazwiskiem w tytule.
Gdy tylko pomyślimy, że to już szczyt i gorzej być nie może, że koniec i już nic dalej nie ma, usłyszymy o produkcji typu "Kac Wawa", która dokona kolejnej intelektualnej pacyfikacji, otworzy oczy szerzej i przekona nas, że granic to my tak naprawdę jeszcze nie znamy...

poniedziałek, 31 października 2011

"Nie wyrzucaj telewizora, zgrzesz myślą, by raz po raz uciec w błogą bezmyślność Z tym, że kiedy będzie już bezdenna...wyłącz."

Rysunek Andrzeja Mleczki

Kiedy już prawie wszyscy mamy za sobą wczesno-jesienne przeziębienie, czas na... jesienne stany depresyjne, które tak łatwo leczone już nie są. Na nic zda się podwójna dawka rutinoscorbinu i witaminy C. Mało tego, trudniej o zwolnienie ze szkoły, studiów, pracy, życia...

Na szczęście mamy kabarety, filmy "komediowe" i wszystko to, co nazwać można emocjonalnym balsamem dla naszych skołatanych nerwów. Czy tak rzeczywiście jest? Czy "dwójkowy" kabareton, polsatowe kabaretowe jubileusze są w stanie uraczyć nas swoim dowcipem i choć przez moment posiadać swoisty eskapistyczny charakter dla naszej zmęczonej codziennością psychiki?

Polska scena kabaretowa uboga przecież z pewnością nie jest... mamy kilka grup, które za pośrednictwem TV, regularnie gości w naszych smutnych, polskich domach, mamy kilka przebijających się przez mainstream i kilka próbujących reaktywować swoją działalność po długim bycie w niebycie. W sumie przeciętny polski Kowalski bez problemu potrafiłby wymienić od 5 do 10 grup kabaretowych. Jeśli więc samą ilością wstydzić się nie musimy, to jak wygląda kwestia ich jakości? Mamy regularne przebieranie się męskiej części kabareciarzy za kobiety - co według samych twórców samo w sobie winno być zabawne,  lawirowanie na granicy rasizmu, antysemityzmui... dobrego smaku, parodie polityków (których zazwyczaj komizmu przejaskrawiać już nie trzeba), ukazywanie niższej strefy społecznej i intelektualnej, okraszonej błędami językowymi, jąkaniem, seplenieniem, no i... to co lubimy najbardziej...wulgaryzmami. Bowiem nawet najmniej śmieszy skecz, może uratować zwykła "kur*a". Wtedy zgromadzona publiczność wybucha spontanicznym śmiechem, nie pamiętając przy tym, że cały skecz nie wywołał na ich zasępionych twarzach nawet subtelnego uśmiechu. Przekleństwa bowiem nabrały u nas paradoksalnie komicznego wyrazu. O ile cenzura momentami przeszkadza kabaretom (w występach na żywo) na rozłożenie skrzydeł, tak w polskich filmach komediowych można już hulać do woli.

Kiedy przeciętny Nowak zapytany zostanie o najlepsze filmy komediowe będzie miał poważny problem... nie chcąc wyłamywać się z ogólno panującego przekonania, (i czy widział, czy nie widział, zrozumiał, czy nie zrozumiał) podniesie dumnie głowęi odpowie: "wiadomo... to MIŚ, SEKSMISJA, yy...  a no REJS jeszcze oczywiście!" A ja... dziękuję Bogu, że nie przypomniał sobie "Dnia Świra", który przerażająco duża część społeczeństwa włącza na... poprawienie nastroju - a... to trochę tak, jakby włączać sobie marsz żałobny, tańczyć pogo i entuzjastycznie skakać po wersalkach.

Co z naszą komediową kinematografią teraz? dzisiaj? mamy w ostatnich latach przecież CIACHO, TESTOSTERON, JAK POZBYĆ SIĘ CELULITU... itp. Sale kinowe pękają w szwach, a publiczność swoim śmiechem potrafi zagłuszyć nawet tych, którzy przychodzą na seans tylko po to, by zjeść popcorn i za pomocą słomki wciągnąć każdą, nawet najmniejszą kroplę coli z plastikowego kubeczka. W dzisiejszych "tworach" dialogi z pewnością do klasyków należeć nie będą... ale mają coś, czego wcześniejsze produkcje nie miały.  Mianowicie chodzi o uniwersalny sposób na rozśmieszenie widza, gdy inwencji  na "woodyallenowski", "monty pythonowski" żart po prostu brakuje. Nikt już dziś przecież nie wspomina filmu "PSY", jako przykładu zwulgaryzowanej formy przekazu, bo dzisiaj każdy projekt bywa takim "szczeniaczkiem", który niestety poza wspomnianą formą nic do zaoferowania nie ma...  ale wielu z nas to wystarcza...

Co z resztą? Co z tymi sztywniakami, których te wysublimowane kabaretowe żarty nie śmieszą, a raczej stają się prehistoryczną wycieczką, swoistym zaznajamianiem się z cudem ewolucji, poprzez ukazywanie potencjalnego zachowania naszych praprzodków. Co jeśli niektórzy z nas idąc na polski film komediowy nie czekają na "mięsne kawałki", by wybuchnąć śmiechem, który zarazem ujawnia ich nadzieję na otrzymanie po seansie orderu dla "błyskotliwego widza"? Co jeśli filmy uznawane przez wielu za komedie (np. te Pana Koterskiego) rozumiane są jako dramaty? Co jeśli "Trudne Sprawy", "Dlaczego Ja?", "Pamiętniki z Wakacji", serial "Klan" pomimo groteskowych wątków nie potrafią zaspokoić głodu dobrego humoru?

Zostaje im leczenie farmakologiczne!?

piątek, 11 lutego 2011

"...Gdy zaczną na tysięczną modłę Ojczyznę szarpać deklinacją..."

Rysunek Andrzeja Mleczki

Popularne powiedzenie: "Ucz się, bo jak się nie będziesz uczył, to zostaniesz politykiem!" nabiera z każdym dniem na autentyczności, a określenie "klasa polityczna" już niedługo będzie używane jedynie na lekcji polskiego i to odnośnie tematu: "Figury retoryczne: Oksymoron". Czy politycy robią wszystko, by uszlachetnić swój zawód? Uparcie przekonują, że zasługują na miano "reprezentantów Narodu"? Niektórzy na pewno tak. Co z resztą?

Po wyborach parlamentarnych w 2001 roku, gdy do Sejmu jako Poseł RP wszedł Andrzej Lepper, a jego ugrupowanie otrzymało ponad 10% poparcia społecznego, nikt się nie łudził, że Pan Andrzej zakładając garnitur (za połowę rocznych zarobków Kowalskiego) nie będzie traktował polityki w kategoriach "kariery".  Nikt poza 10% społeczeństwa, które widziało w nim obrońcę praw rolników. W 2005 roku przyjmując zaszczytne miano wicepremiera (o zgrozo!) zapowiedział: "wersalu nie będzie" - słowa dotrzymał. Mieliśmy "żartobliwie" dywagacje wicepremiera, czy można zgwałcić prostytutkę, instrukcje dla "niedouczonych" koleżanek i kolegów, czym jest "bredgens" ("taniec na głowie, jakby ktoś nie wiedział") i wiele innych złotych myśli, które zdominowałyby tenże wpis - a miejsca mało...

Rok przed wejściem do Sejmu RP Pana Andrzeja, Gabriel Janowski jakby przeczuwał, że cyrkowy konkurent już puka. Przed kamerami  podskakiwał, poklepywał po plecach każdego, kto znalazł się w pobliżu, a swoje zachowanie tłumaczył narkotykami, wsypanymi przez "konkurencję". Okupowanie sejmowej mównicy lub zostawianie woreczków z sugestią, że to wąglik, wydaje się już w tym przypadku małozaskakujące. Bycie w Sejmie pod wpływem alkoholu też już nie robi na nikim wrażenia. Jak "się umie coś tam coś tam", to można być i pijanym! ważne, by to "coś tam coś tam" robić! Pani Kruk, Pan Dorn, Pan Pałys - oni się akurat dali złapać...Pan Zbonikowski i Pan Karski pod wpływem alkoholu zorganizowali sobie wyścigi wózkami golfowymi - nie w Sejmie, więc można wybaczyć. Prezydent Kwaśniewski też przekroczył granicę - (Tiepierja skażu pa francuski) „savoir-vivre", ale wytłumaczył to "chorobą filipińską". Pan Kurski za to, nie ma w zwyczaju stosować się do przepisów ruchów drogowych - tff... przecież Poseł! A co z ekipą rządzącą? Miro, Rycho i Zbycho mają się dobrze...nikt przecież nie będzie nikogo karał za spotkania na cmentarzu! Pan (o ironio!) wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski rozsiądzie się (w swoim stylu) na fotelu marszałkowskim, pokrzyczy, pożartuje, pobawi się przyciskami. Pan Węgrzyn po raz kolejny wykaże się poczuciem humoru. Nudno? Niee... Śmiesznie? Jeśli kiedykolwiek było, to już przestaje...bo gdy pomyślimy, że to są ci nasi reprezentanci Narodu, to na pocieszenie zostaje nam tylko popatrzeć na sytuację Włochów i ich Premiera. Bo choć nasz Prezydent nie do końca jeszcze zna "zasady dobrego wychowania" i zdarzy mu się usiąść, gdy Pani Merkel nawet nie zdąży zauważyć fotela, może i wiedzę uzupełnia "wikipedią", może i językowe wpadki stały się Jego znakiem rozpoznawczym, może i otoczenie Prezydenta dysponuje tylko jednym parasolem, przy okazji międzynarodowych spotkań, ale naszemu Prezydentowi, ani Premierowi nie przychodzi do głowy żart, w postaci pozorowania kopulacji z pierwsza lepszą osobą odwróconą tyłem. Nie organizują imprez o których huczy cała Europa i przynajmniej próbują być "poważni". Czy to rzeczywiście jest pocieszające? Pewnie tak samo, jak dla polityków fakt, że nie mamy tu jeszcze Egiptu (i nie mam tu na myśli piramid), bo palskie społeczeństwo na cierpliwość posiada krótką datę ważności - znajdzie nowego elektryka, utworzy nowy związek zawodowy i na ulice...

PS. Wszystkich polityków, którzy swoimi "działaniami" zasługiwali, by znaleźć się w powyższym wpisie, gorąco przepraszam za pominięcie. Nie wynika to z braku uznania dla Państwa charyzmatycznych/cyrkowych/kabaretowych zdolności, a jedynie limitu znaków w poście, jaki sam sobie narzucam. 

sobota, 6 listopada 2010

"Gwiazdy? Tak jest kilka, gdzieś tam się zapalają. Widzę je co noc, one galaktyki układają..."

Rysunek Andrzeja Mleczki

Ok, będzie to może wpis pełen banałów, a zarazem stanie się kolejną naiwną próbą podjęcia tematu oklepanego przez wielu krytyków filmowych, muzycznych i tych krytykujących...wszystko. Nie można jednak nie zauważyć tego, że mamy dziś do czynienia z pewnego rodzaju przedefiniowaniem słowa "kultura".Kochamy to słowo, tak jak zresztą słowa "Polska", "Bóg", "Ojczyzna" i równie łatwo nam przychodzi ich deprecjonowanie. Owszem, w wypadku "kultury" mamy jeszcze magiczny dodatek w postaci przymiotnika "masowa" i już nikt nie powinien się obrażać. Każdy powinien spodziewać się innej ligi. Tak czy siak "kulturą" to nadal pozostaje. W dodatku pełną gwiazd. Nie zamierzam śmiać się z programów, które leciały w najlepszym czasie antenowym i polegały na podziwianiu trzecioplanowego bohatera kultowego serialu "M jak Miłość" jak wygląda w łyżwach, słuchaniu czegoś co sama "gwiazda" nazywała "śpiewem", wyczynów cyrkowych "gwiazd" sceny muzycznej. Nie zamierzam, bo od momentu pojawienia się tego typu programów, śmiał się z nich cały naród, co dziwne- ten sam naród siadał wieczorem przed telewizorem i z wypiekami na twarzy śledził postępy wokalne, taneczne i cyrkowe "gwiazd". Trochę jak ze słuchaniem pewnego "gatunku muzycznego"?

Nie sposób o tego typu programach nie wspomnieć, bo były/są sporym  kawałkiem naszej kultury masowej.  O ile trudno wytłumaczyć się ze słabości oglądania "Jak oni śpiewają?", o tyle programy Reality Show typu "Big Brother" można było zgrabnie nazwać eksperymentem psychologicznym, co  dawało niejako moralna przepustkę "wyższym sferom", doktorom psychologii, profesorom socjologii na oglądanie "Wielkiego Brata".
- I Pan to ogląda? Pan? Z  pańskim wykształceniem, z Pana statusem społecznym?
- Yyy, tak, bo...z naukowego punktu widzenia stajemy się naocznymi świadkami jednego z najciekawszych badań dzisiejszej socjologii! "Ja się przy tym nie bawię! ja pracuję!". Emocje związane z nominacjami i wspieranie smsowe swojego faworyta też można było jakoś wytłumaczyć...

Dziś" Wielki Brat" poszedł nieco w odstawkę, mamy XXI wiek! żeby zabłysnąć trzeba mieć talent! Damon Albarn (lider Blur i Gorillaz) porównał brytyjskie programy poszukujące młodych talentów, jak "Idol" czy "Mam Talent!" do "świniobicia". Moja mieszczańska mentalność nie do końca pozwoliła mi zrozumieć tę metaforę. Na szczęście Pan Damon był uprzejmy rozwinąć swą myśl. Mianowicie wyraził niezadowolenie, że przez wyżej wymienione programy zamienia się artystów, ludzi z charakterem i osobowością na bezsensowny produkt. Jeśli rzeczywiście na tym polega świniobicie...to ja w ramach protestu przestaję spożywać wieprzowinę, jednocześnie podpisuje się pod słowami Pana Damona.  

Rzeczywiście idea programów jest szlachetna. Przy okazji sam się przyznaję do ich oglądania. Nie ważne, że stacje kierują się po prostu zyskami. Jedno jest niezaprzeczalne, za ich pomocą,l udzie anonimowi dzięki swojej pracy, talentowi i odwadze, przestają być anonimowi. Z czasem trwania programu niestety muszą często oddawać coś w zamian. Coś co dla prawdziwego artysty jest najważniejsze. Przestają być jacyś, a zaczynają być medialni, muszą spełniać pewne normy i uelastycznić się, by pasować do "gwiazd". I tak to ta nasza "kultura masowa" zatacza koło. Media promują tych, na których jest zapotrzebowanie i coraz bardziej oddalamy się od prawdziwej muzyki, prawdziwego filmu, prawdziwej kultury. Disco polo ma się dobrze, seriale biją rekordy oglądalności, wszystko co wydawałoby się kwintesencją kiczu i prostoty  staje się naszą świątynią. Przodujące stacje radiowe i telewizyjne nie mogą być przez nas krytykowane, bo one są jedynie lustrem naszego gustu. Polska kinematografia specjalizuje się w produkcji "komedii romantycznych", które zwłaszcza 14 lutego zapełniają sale kinowe do granic możliwości. Gosia Andrzejewicz, Kombi, Ivan i Delfin sprzedają tysiące płyt. Zespoły Akcent, Boys i Toples robią furorę na imprezach masowych. W księgarniach łatwiej dostać biografię Justina Biebera niż "Pamięć i Tożsamość" Jana Pawła II - którego o dziwo niemal każdy Polak bez zastanowienia wymienia wśród największych autorytetów- (ten wątek można byłoby rozwinąć, ale już może innym razem...)

Ukryty wmieście krzyk: "NIE IDŹCIE TĄ DROGA..." (nawiązując do pamiętnych słów) na nic się już zda. Karuzela rozkręciła się tak szybko, że nawet ci bardziej wpływowi ode mnie popadli w otchłań rezygnacji...Więc niestety w poszukiwaniu tej prawdziwej "sztuki" jesteśmy zostawieni sami sobie.  Na szczęście jest jeszcze medium, w którym jest miejsce na...dosłownie wszystko...

"Oni, mówię na nich opakowani w folię
Oni, ich życie, wszystko wokół nich jest pozorne
Oni, nawet miłość zapakują w torbę Głupcy co pokochali nie treść, ale formę"

środa, 30 grudnia 2009

JP na 100%, czy może tylko 50%?

Rysunek Andrzeja Mleczki

Jesteśmy szczęściarzami...Ciężki czas związany ze żmudną walką o wolność słowa został należycie wynagrodzony. Mamy to o co walczyliśmy! (mówię o ogóle społeczeństwa stąd ta pierwsza osoba- bo ja do podstaw kształtowania demokracji niewiele się przysłużyłem. Wykazując się zresztą niebywałym sprytem i przewidywalnością wydarzeń – przyszedłem  na świat w 87’ i 2 lata podchodziłem  do sprawy z daleko-rozumianym dystansem)…Chociaż jakby się dłużej zastanowić to (płacząc, wiercąc się w łóżeczku, gryząc klocki, robiąc „kwaśne” miny, wymachując rękami)  miałem podobny udział w strajkach, protestach i utrudnianiu działań tamtejszym władzom co niemała część dzisiejszych polskich posłów dumnie wypinając pierś, wspominając swoją „rzekomą” opozycyjną działalność. No ale nie o tym…

I jak już nam się udało to korzystamy… i to…uuu…tak nadto, jakbyśmy chcieli sobie „odbić” za stracone lata. Bo otóż jesteśmy świadkami ciekawego zachowania, które powinno być teoretycznie obce dla istot rozumnych- a mianowicie powtarzanie haseł, których często nie bardzo rozumiemy- bo z takim z zjawiskiem, możemy spotkać się również w świecie zwierząt. A że lubimy skróty to korzystamy z nich coraz częściej, bo dają nam komfort nierozpisywania się jednocześnie głosząc światu swój (choć niestety częściej nieswój) pogląd na jakiś ważki temat, dają leniwemu czytelnikowi komfort szybkiego przeczytania przesłania (jeśli mowa o tekście. O analogii w hasłach mówionych nie będę pisał), a co najważniejsze traktujemy to jako tajny szyfr, który zrozumiały jest tylko przez elitarną grupę- jednocześnie czujemy się członkami tego „szacownego grona”, co powoduje jeszcze większe podekscytowanie całą tą niesamowitą sytuacją. Gdy już duma czy też uczucie ekscytacji z nas opadnie po napisaniu hasła CHWDP czy też później HWDP- hasło najprawdopodobniej przekształcone przez grupy „intelektualistów” wysoko ceniących sobie ortografię to warto byłoby: 1) przeczytać 2) rozwinąć ten skrót i 3) zastanowić, się co tak dokładnie on znaczy i zdecydować czy rzeczywiście się z nim zgadzamy. Zakładając, że po drugim procesie będzie jakaś reprezentatywna grupa, która będzie mogła przejść do procesu nr 3., dość złowieszczo kojarzącym się  z pojęciem „myślenie” powstrzymałaby kolejne fale rozprzestrzeniające złote hasła typu „JP na 100 procent”.

To, że szacunek do funkcjonariuszy policji okazuje niewiele społeczeństwa nie uprawnia go do publicznego wyrażania chęci odbycia z nimi stosunku płciowego, czy też promowania anarchii  w pełnym tego słowa znaczeniu. Optymizmem mogą napawać przekształcenia typu: „JP na 50%” -wskazuje to już na hasło "skażone" myślą i interpretacją tego pierwotnego. To cieszy. Bo może piszą to ci, którzy mimo tego, że zdają sobie sprawę z absurdu, polegającym na opieszałości policji w sprawach kradzieży, gwałtów, pobić, spieszą się do ukarania potencjalnych przestępców, stojących z piwem w "miejscu publicznym" - (i to też tylko w momencie gdy grupa nie przeraża funkcjonariuszy swoją liczebnością) zdają sobie sprawę, że to właśnie do POLICJI wcześniej czy później zgłoszą się o pomoc w momencie odczucia jakiejkolwiek krzywdy i zaczną wątpić w argument powyższych haseł, iż tylko Bóg może sądzić.

sobota, 12 grudnia 2009

Polskie komedie?


Rysunek Andrzeja Mleczki

Powinienem wspomnieć coś o stanie polskiej kinematografii? Dołączyć do większości sfrustrowanych widzów, krzyczących: "Mamy złe filmy!" Czy stanąć po drugiej stronie i powiedzieć: "Mielibyśmy dobre filmy, gdyby znalazły się na nie pieniądze"? A może problemu nie ma, bo My po prostu nie potrzebujemy dobrych filmów. Jeśli znajdzie się jakaś "perełka", film, w którego realizację nie zostały wpompowane miliony złotych, ale porusza samym scenariuszem jest zazwyczaj niezauważalny lub źle zrozumiany. Więc może ubolewając nad stanem polskiej kinematografii nie powinniśmy zwalać winy na tę drugą stronę (do czego mamy skłonność), a zastanowić się nad sobą- czego oczekujemy? Wbrew pozorom to właśnie my nadajemy kierunek, w jakim podążają polskie produkcje filmowe. Nie od dziś wiadomo, że druga strona kieruje się zyskami. Swojego czasu furorę robiły ekranizacje szkolnych lektur, które biły rekordy frekwencji. Sam uczęszczałem na te filmy i dokładałem 12zł do zysków. Sam w duchu dopingowałem Pana Wajdę i Pana Hoffmana do kolejnych pomysłów. Cóż było lepszego?

Kino zamiast pytania z biologii, kartkówki z historii i 2h polskiego. Wolałem mieć j. polski w pigułce w kinie (i to za jedyne 12zł!) do tego dochodzi to podniecające uczucie towarzyszące przy gaszeniu świateł w sali. Chyba na "Ogniem i Mieczem" miałem przyjemność siedzenia obok atrakcyjnej koleżanki (oczywiście przypadek - tak wypadło przy rozdawaniu biletów) i mogłem poczuć się, że jestem z dziewczyną w kinie! (naturalnie w momencie zgaszenia świateł bo nawet dość daleko posunięta wyobraźnia, nie pozwalała mi zapomnieć o zajętych miejscach przez pół mojej podstawówki) nawet i ta chwila nie trwała długo, bo później czar prysł wraz z szelestem otwieranych chipsów, chrupaniem popcornu, głupich komentarzy itd. Zresztą wspominam to tak, że wszyscy lepiej bawili się przy reklamach przed filmem, niż na samym filmie. Reakcje na poszczególne sceny można wytłumaczyć wiekiem. Czego nie można wytłumaczyć, gdy te reakcje zostają na długie lata. Są częścią nas.

Mam tu namyśli takie produkcje jak "Dzień Świra", który paradoksalnie uważany jest przez wielu za komedię. Chyba pan Koterski nie przypuszczał, że większym dramatem tego filmu będzie sposób zrozumienia jego projektu przez widzów, niż sama kreacja Adama Miauczyńskiego. Ocena tego filmu zależy od sposobu jego postrzegania. Rzeczywiście może być przeciętny jako komedia, ale wybitny jako dramat...By temat był trochę bardziej aktualny posłużę się przykładem filmu: "Galerianki" Katarzyny Rosłaniec. Właśnie ten film  najbardziej zainspirował mnie do poruszenia tego tematu. Będąc na tym filmie w kinie miałem okazję zaobserwować reakcje wielu ludzi- ogólnie na poruszony w tej produkcji problem czy też pojedyncze sceny. I to wyjaśnia moje wcześniejsze przytoczenie wspomnień związanych z oglądaniem filmów wraz z kolegami z podstawówki. No oczywiście nie obyło się bez dodatkowych elementów- mam tu na myśli stukające butelki po piwie w końcowych rzędach. Ale wracając do samego filmu, przy tej całej sielance widzimy obraz odzwierciedlający naszą rzeczywistość (czy jest ona przejaskrawiona, czy nie, w tym momencie ma już mniejsze znaczenie- ważne jest to - film nie jest filmem science fiction), a to, że ktoś zrozumie to jako komedię nie przeszło mi nawet przez myśl. Odpuszczę sobie również przytaczanie scen i poszczególnych reakcji (tym bardziej, że notka zaczyna być długawa i niedługo zacznie odstraszać).

Dążę tylko do wniosku, że przed krytykowaniem polskich filmów, spójrzmy czy problem nie tkwi w nas. Czy tak popularny precedens w postaci kłopotu widza z kategoryzacją filmów, nie eliminuje go automatycznie z jakiejkolwiek oceny i krytyki? Amen.