Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 stycznia 2015

"Gdy wiara w Boga zabiera życie ludziom, co zamiast Niego znaleźli religię" Update 1.0


Przyglądając się (nawet nie nad wyraz wnikliwie) minionym (jak i tym aktualnym) konfliktom zbrojnym, masowym mordom, zamachom, nie trudno odnieść wrażenia, że często wywodzą się z tych samych punktów zapalanych. Nie mam tu oczywiście na myśli niezrównoważenia psychicznego samych agresorów (choć w wielu przypadkach czynnik ten jest dosyć znaczący), ale raczej ich ideologiczne przekonanie mobilizujące ich do owego działania. Pomijając więc stan emocjonalny, chorą ambicję, czy prozaicznie brzmiącą chęć zdobyczy terytorialnych i materialnych, zabijają oni w imię czystości etnicznej, kulturowej i religijnej.

W tle trwających obecnie ponad trzydziestu konfliktów zbrojnych na całym Świecie, które prowadzone są na różnych frontach (głównie w Azji i Afryce) słyszymy o pojedynczych zamachach. 
Ten o największej sile rażenia w ostatnim czasie miał miejsce 22 lipca 2011 roku. Zamachowiec Anders Brevik realizując skrzętnie przygotowywany przez 3 lata plan, zabił 77 osób detonując bombę w Oslo i strzelając na wyspie Utoya do młodzieżówki Norweskiej Partii Pracy. Po pierwszym przesłuchaniu zamachowca, wszyscy jednogłośnie okrzyknęli go prawicowym fundamentalistą kierującym się ideologią nazizmu  (chociażby w aspekcie troski o zachowanie czystości kulturowej). Norweg tłumaczył, że jego działanie będzie zrozumiane przez Europejczyków dopiero za kilkadziesiąt lat, gdy ekspansja Islamu w Europie będzie tak silna, że Stary Kontynent tracić będzie swoją chrześcijańską tożsamość, która od setek lat była tak silnie zakorzeniona. Trudno nazwać go fanatykiem religijnym i współczesnym krzyżowcem- zwłaszcza dlatego, że informacje na temat Brevika nie pozwalają określić go jako człowieka ściśle związanego z ruchem chrześcijańskim (choćby poprzez kontakty z masonerią). Coś czego kwestionować się  nie da, a co zostało zapisane w jego osobistym „Mein Kampf”, to nienawiść do Islamu i kultury muzułmańskiej. Przypisywana mu skrajna prawicowość kłóci się jednak z jego poparciem dla zintegrowanej Europy. Niełatwo więc o jasną ideologiczną kategoryzację Brevika, ale bez wątpienia jego wyznaniowo-etniczna nienawiść była podstawą do jego agresji. Stał się więc słusznie symbolem dzisiejszego terroryzmu wywodzącego się z chorych idei, uprzedzeń oraz ksenofobii. Nie był obrońcą (jak się sam siebie mógł określać), był bezdyskusyjnie agresorem.    

Masakra w Monachium z 1972 roku w czasie letnich Igrzysk Olimpijskich, Atak z 11 września, wojny na Bałkanach, konflikt bliskowschodni to wydarzenia z ostatnich lat, a przecież to "kropla w krwawym morzu" wszystkich ofiar kulturowo-religijnych sporów w naszych dziejach, a z którymi Świat borykać się będzie zawsze, bowiem radykalizm najłatwiej budować na gruncie religijnym. Zarazem ekstremizm ten, jest najbardziej niebezpieczny – bo cóż daje większą odwagę w "heroicznym" i najdalej posuniętym działaniu, niż rzekomy jego boski wymiar?
Skonfliktowana przez wieki Europa ujednoliciła się przed laty kulturowo i religijnie na tyle, że do otwartych konfliktów zbrojnych na skalę wojny palestyńsko-izraelskiej już nie dochodzi. Unia Europejska od lat kształtuje kontynent w jedną skonsolidowaną masę, wolną od konfliktów, za to pielęgnując takie wartości jak tolerancja i wspólny dialog - stąd między innymi zgoda na rozwój europejskiego islamu. Czy jesteśmy gotowi na tak daleko posuniętą multikulturowość na relatywnie małym obszarze jakim jest Stary Kontynent?
Terroryzm oraz zamachy, które miały miejsce w ostatnim czasie w Paryżu przypominają, że nie jest to łatwe. Zwłaszcza gdy dialogu trzeba szukać z islamskimi ekstremistami... Różnice kulturowe są wyraźne, a niebezpieczne robią się, gdy jedna ze stron zbyt mocno akcentuje swą odrębność i wąsko zakreśloną granicę za którą widnieje swoista tabliczka "obraza uczuć religijnych".  

Problem pojawić się może wtedy, gdy religia muzułmańska przestanie funkcjonować w Europie na zasadzie mniejszości, a stanie się (co przewidują prognozy europejskich futurologów) silną alternatywą dla chrześcijaństwa. Gdy jedna ze stron będzie bała się otworzyć usta, by nie obrazić uczuć religijnych tych drugich. Gdy media w obawie przed eskalacją kulturowych konfliktów (lub o własne bezpieczeństwo) obawiać się będzie emisji poszczególnych materiałów. Gdy wszyscy ze strachu unikać będziemy satyry, karykatur... żartu. Aż wreszcie, gdy nie-muzułańscy mężczyźni widząc swoje nie-muzułmańskie kobiety odziane w skąpe szaty będą je natychmiast prosić, by przebrały się w coś bardziej przypominający chijab lub chador, bo sąsiad Abdul Hamid może poczuć się urażony.

Chyba, że przestaniemy patrzeć na siebie wrogo i bez uprzedzeń. Chyba, że takie same prawa będą dotyczyć nas w Teheranie czy Rijadzie, co "przyjezdnych" w Paryżu czy Berlinie. A może do tego czasu ewolucja przyspieszy na tyle, że człowiek przestanie stawiać religię ponad Boga oraz zdrowy rozsądek i pozwoli na to, by meczet stał kilka metrów od kościoła katolickiego, nie zasłaniając przy tym stojącej z tyłu żydowskiej synagogi?



niedziela, 10 listopada 2013

"Nie pytaj co w nas siedzi, to raczej nie jest pokolenie odpowiedzi"



Od nonkonformizmu do zwykłego krytykanctwa, cechującego się negacją wszystkiego i wszystkich droga jest naprawdę krótka. Różnica polega jednak na tym, że uzasadniony nonkonformizm bywa doceniany przez zadeklarowanych konformistów, "krytyk totalny" natomiast zawsze dostanie etykietkę malkontenta, gbura, aroganta, buraka i impertynenta. To nic. Czas zaryzykować i ową cienką granicę na chwilę przekroczyć. Z nutką nieposkromionego dekadentyzmu spojrzeć na to wszystko z góry, pochylić się nad dzisiejszym Światem i powiedzieć... "uuu dno nigdy wcześniej nie wydawało się tak głębokie."

Nasz upadek nie boli. Nie jest przecież gwałtowny. Ciężko pracujemy od lat nad tym, by konsekwentne dążenie do permanentnego regresu obyczajowego, kulturowego, społecznego i ekonomicznego nie było zbyt bolesne. Wykonujemy ostrożne kroki ku dołowi, szczebelek po szczebelku. Wprawdzie co jakiś czas ktoś odważniejszy wykona skok z większym impetem, by nadać schyłkowi trochę wigoru, niejeden zgrabnie ześlizgnie się po obręczy, ale tempo staramy się mimo wszystko kontrolować, kierunek nie - obraliśmy go już dawno.

Nie jest niespodzianką, że Świat kreowany jest przez pieniądz. Dziś pieniądz tworzą duże koncerny marki, symbole i idole - porywacze tłumów. Ekonomiczne rozwarstwienie ówczesnego społeczeństwa następuje coraz gwałtowniej. Przepaść pomiędzy statusem materialnym największych gwiazd show biznesu i sportu, a statusem zwykłych obywateli żyjących za najniższą krajową jest już tak niewyobrażalnie duża, że dzienna pensja tych pierwszych kilkakrotnie przekracza roczną pensję tych drugich. Finansowa machina jednych doprowadza do szaleństwa z powodu nadmiaru, innych z powodu niedoboru. Kult pieniądza i materializm powoli zaciera wszelkie wartości - ci pierwsi walczą, by mieć więcej, ci drudzy, by mieć cokolwiek. Przy czym zadanie tych drugich okazuje się o wiele trudniejsze.

"Na szczęście" media podpowiadają jak osiągnąć dziś sukces. Na pierwszych stronach gazet trudno dostrzec najtęższe umysły, łatwiej "gwiazdy" pokroju Miley Cyrus. To one kreują styl życia, modę i zachowania. Dzisiejsza muzyka rozrywkowa nie bazuje na dobrym tekście, wykwintnej linii melodycznej. To tylko proste treści, łatwe instynktowne przekazy opakowane w odpowiednie pazłotka - które trudno odróżnić od image'u najtańszej prostytutki.

Obserwując najpoczytniejsze portale internetowe dowiadujemy się co jadł na śniadanie Justin Bieber i jaką bieliznę nosi (lub nie) Kim Kardashian. Te "autorytety" dzisiejszego młodego pokolenia pozbawiły ich jednocześnie możliwości skomentowania chociażby życiorysu niedawno zmarłego Tadeusza Mazowieckiego - pozostaje pod artykułem o jego śmierci kliknąć na facebooku "lubię to" - żeby nie było, że były prem...? prez...? kró...? polityk całkiem obojętny jest...

Gdzie w tym wszystkim zagubionym świecie polityka? Od lat stuka w to dno od spodu i dopinguje, by każdy z telemarkiem potrafił wylądować równie zwinnie. Hipokryzja i cynizm naszej obecnej władzy, afery, które zostają bez konsekwencji ani politycznych ani prawnych - to nic. Przywykliśmy. Przecież tak jest wszędzie.

Obracamy się tak z próbą wnikliwej analizy otaczającego nas świata i dochodzimy do wniosku, że może w religii nadzieja. Lewactwo i massmedia wpajają nam wprawdzie, że to dla słabych, że Boga nie ma, ale buntujemy się, bierzemy różaniec w rękę i właśnie w Kościele nadziei szukamy. Wsłuchujemy się w głos księży, pasterzy naszych (zadowolonych, wracających ze szkół i przedszkoli) i co? Dowiadujemy się, że winą za to wszystko, za ten nasz lud zepsuty obarczać należy Hello Kitty - a raczej "HELL o Kitty". Postać domowego kota rasy "japoński bobtail" z czerwoną kokardką... Taką diagnozę lekarze naszych dusz wystawiać nam raczą...
I już twarz nam pozostaje tylko z bezradności i wstydu zakryć, spojrzeć ukradkiem w górę i gorzko zapłakać, bo nadzieja umarła... ostatnia. 

środa, 13 lutego 2013

bogate CV szansą na przyszłość


Jak bezczelnym ignorantem trzeba być, by nie wspomnieć o abdykacji Benedykta XVI? Przejść obojętnie obok wszystkich medialnych doniesień, nie włączyć się do dyskusji i nie wyrazić swojej głośnej obawy, że "teraz to na pewno czarny będzie! i koniec Świata już!"? ... No po prostu niewyobrażalnym.

Są na naszym ziemskim padole zawody, które pomimo niewielkiej konkurencji jakoś oblegane specjalnie nie są. CV ubiegającego nie musi uderzać oryginalnością, a list motywacyjny tonąć we frazesach - jak to niezwykle dyspozycyjnym, komunikatywnym, ambitnym kandydatem jesteśmy. W Rządzie są "stołki", które wydają się być mniej wygodne od pozostałych, są jakoś źle wyprofilowane, a ich nieprzyjemne obicia uwierają w pośladki z czasem coraz mocniej. Mimo wszystko zawsze jakiś "naiwniak" się znajdzie i uwierzy, że jako Minister Zdrowia będzie lubiany, chwalony i owe stanowisko okaże się trampoliną do dalszej kariery politycznej. Otóż nie okaże się. Jeśli ktoś ma ambicje, by być w przyszłości Prezydentem RP, to od Ministerstwa Zdrowia i Transportu winien się trzymać z daleka, bo na pierwszej debacie prezydenckiej będzie musiał się tłumaczyć, że za jego kadencji leki były drogie, że kolejki do lekarzy długie, że drogi dziurawe i pociągi stare. Gdy stanowisko traktujemy jako metę w naszej politycznej karierze - wybór okazuje się wyśmienity.

Ostatnim punktem zawodowej kariery jest również stanowisko, które jak się ostatnio okazało lada chwila się zwolni. Metą nie tylko ze względu na mroczność posady, ale bardziej ze względu na specyficzną kadencyjność, która w większości przypadków trwa aż do śmierci. W przypadku Benedykta XVI mamy do czynienia z pierwszą abdykacją od blisko 600 lat. Śmiem jednak przypuszczać, że na kolejną będziemy czekać krócej. papieski fotel bowiem coraz mniej wygodny, a paliusz cięższy. Przy obecnej stopie bezrobocia, jaką mamy w większości państw europejskich (a przede wszystkim w naszej krainie) można przypuszczać, że do Watykanu kilka ton papierów aplikacyjnych... zwłaszcza z Polski przyjdzie. Tym bardziej, że dodatkowe punkty za "polskość" (z wiadomego powodu) winne być przyznane.  I proszę mi tu nie krzyczeć, że tak nie wolno, że nie każdy sobie ot tak papieżem może zostać i zwykłego CV ze zdjęciem się nie wysyła. Nie z takimi kwiatkami na obecnym rynku pracy mamy do czynienia. Stanowisko się zwalnia? Nie ma co nosem kręcić, na kwalifikacje patrzeć, tylko CV pisać i możliwych znajomości w Watykanie szukać. A co z ateistami i tymi, którzy nie wyznają naszej jedynie słusznej religii? Dystansu się trochę nauczyć i własnych poglądów z pracą nie wiązać!

Nie ma co się jednak oszukiwać - praca łatwa nie jest. O ile za pontyfikatu NASZEGO papieża (bo jak wiadomo tylko JPII był nasz) kojarzyła nam się z przyjemnymi pielgrzymkami, pozytywnymi uniesieniami tłumów, o tyle teraz wyczuwa się przede wszystkim wielki ciężar odpowiedzialności.  Krytyka wobec Watykanu narasta, niechęć do KK wydaje się być coraz większa, "zamiecione" ekscesy pedofilii, homoseksualizmu spod dywanu się wydobywają, zewsząd odczuwa się naciski lewackiego Świata, by Kościół się zreformował, dojrzał i zliberalizował. Żartów z KK coraz więcej, kpin i "podśmiechujek". Ciemne czasy nastały, ateizm, hedonizm, okultyzm i nihilizm rozszalał się na dobre, a ludzie już nie tylko w Polsce nie kojarzą krzyża z Jezusem, a raczej z PiSem i Krakowskim Przedmieściem.

Wzmocnienie dzisiejszej pozycji Watykanu okazuje się więc trudniejsze, niż przejście Mario Brosa na "jednym życiu", niż zagłuszenie w pojedynkę koncertu Behemotha przychodząc na niego z papierową tubą i Księgą Psalmów.  Ale czy niemożliwe? W snach i marzeniach można dotykać nawet gwiazd. Więc...

Marzy mi się więc Kościół zreformowany, czysty, bez dywanów, pod które można cokolwiek zamiatać, tolerancyjny (ale nie tylko wobec własnych przewinień), otwarty na dialog i debatę, Kościół niestygmatyzujący, nieśmierdzący naftaliną, nadążający za swoimi galopującymi owieczkami, skromny, ale będący autorytetem molarnym, wielkim drogowskazem - nie tylko do spotkania z Bogiem, ale przede  wszystkim do odpowiedzi na pytanie "JAK ŻYĆ?!" (bo Premier nam tego powiedzieć nie chce)

Obecna "Głowa Kościoła" może być dowolnego koloru, niejeden "Koniec Świata" już przeżyliśmy, przeżyjemy kolejny... ważne, by rozsądna była... i ze słodkim obcym akcentem Serdecznie Polaków pozdrawiała!!!

AMEN.

piątek, 7 grudnia 2012

- Synu, może pogadamy o seksie? - Weź się tato...


Ciąża powstaje przez zbliżenie się kobiety z mężczyzną, którzy wydzielają plemniki, plemniczki, to znaczy nasiona… Chciałbym ci powiedzieć, co to jest spółkowanie, no wiesz, no… Zbliżenie to jest dwóch plemników, które w połączeniu powodują ciążę. Jest to reakcja dwóch plemników, po których powstaje jajeczkowanie. A następnie przeraża się (sic!) w kształt dziecka.”
„Tatuś daje mamusi ziarenko, które mamusia wychowuje w słoiczku na wacie, i to ziarenko po pewnym czasie się rozrasta, rozrasta i pęka, i tak wszystkie dzieci się wzięły na świecie.”

 Są to tylko fragmenty polskiego filmu dokumentalnego „Alfabet seksu” z 1977 roku. Rodzice stawiali tam czoła zadaniu, które okazywało się dla nich trudniejsze od próby rozszczepienia atomu przez mało rozgarniętego, borykającego się z problemami z koncentracją ucznia profilu humanistycznego. No ale jakoś przez temat przebrnąć przecież trzeba…

Minęło 35 lat i choć rozmowy na temat seksu nadal wydają się być dla rodziców kłopotliwe, to „pocieszający” jest fakt, że dziś nie muszą być (i często nie są) oni jedynymi nauczycielami „od tych spraw” (a często w ogóle nimi nie są). Większość dzieci kształci się w obecnej dobie na „własną rękę”… „bierze sprawy w swoje ręce” – zresztą, jakbym  tego nie ujął, zawsze będzie brzmieć to źle i dwuznacznie. Tworzą nieformalne koła zainteresowań na których wymieniają swoje poglądy, przypuszczenia, debatują, spierają się, dokonują „dogłębnych ANALiz”, nierzadko wspólnie przechodząc do praktyki. Swoim eksperymentom nadają wymyślne nazwy i już żadne z nich na hasło „słoneczko” nie łapie za kawałek papieru i żółtą kredkę… ale za…

Nieodzownym elementem „edukacji” jest swoisty elementarz każdego młodego podróżnika po świecie seksu – Internet. Konkretniej strony, które bynajmniej nie są rekomendowane przez MEN, a raczej przez najprężniej działające wytwórnie filmów XXX. Dzięki nim, już każde dziecko w wieku wczesnoszkolnym wie, co oznaczają skróty AP, czy DP, a ucząc się w szkole płynnego liczenia do 100, przy liczbie 69 wymownie uśmiechają się do „kolegi/koleżanki” obok. Na pytanie „jaka jest twoja ulubiona aktorka?” muszą zrobić szybko selekcję, co by kategorii filmów nie pomieszać… Dziewictwo staje się w gimnazjach obciachem, a „abstynencja” - gejostwem.
Grupy zatwardziałych konserwatystów i „katolickich talibów” do dziś upierają się mimo wszystko, że dziecko nie powinno być w kwestii seksu „uświadamiane”… aż do spotkania z księdzem - (i tu… choć nie lada okazja… daruję sobie niesmaczny żart dotyczący ekscesów pedofilii w KK, bo mam tu na myśli spotkanie w innych okolicznościach) - w czasie nauk przedmałżeńskich. Wtedy bowiem , nieświadomy wyznawca „bocianich teorii” usłyszeć winien po raz pierwszy (i to z ust księdza) słowo „współżycie” i to jedynie w zestawieniu ze słowami: „Bóg”, „diabeł”, „miłość”, „małżeństwo”, „grzech”, „piekło”, „dziecko”, „ogień piekielny”.

Głównym argumentem środowisk walczących z pomysłem wprowadzenia edukacji seksualnej w szkole jest strach przez rozreklamowaniem seksu wśród uczniów, co spowodowałoby według nich obniżenie i tak już wczesnego wieku inicjacji. Trzeba być wyjątkowo oderwanym od rzeczywistości, by wierzyć, że w dobie nachalnej sprzedaży erotyki w każdych możliwych środkach przekazu, chłopcy aż do ślubu będą myśleć, że mają zwykłego siusiaka, który poza siusianiem nie ma żadnej innej funkcji, dziewczynki zaś będą żyć z traumą, że czegoś im „brakuje”. Zastanawiające, dlaczego więc w książkach do biologii pozwala się na gorszący rozdział pt „układ rozrodczy”? Też usunąć, ewentualnie dać odnośnik – rozdział omówiony zostanie na lekcji religii.  Tam z pewnością można liczyć na rozwianie wszelkich „naukowych plotek” dotyczących płciowości. Ksiądz tudzież katechetka wytłumaczy, że słowo „seks” jest obrzydliwym wulgaryzmem, a jego semantyka winna być przemilczana, a w razie konieczności wytłumaczona na wielkim darze dla społeczeństwa jakim są: NAUKI PRZEDMAŁŻEŃSKIE!

Moja kąśliwość w stosunku do KK wynika nie tyle z problemu związanego z homoseksualizmem, pedofilią księży i zamiatania tych spraw pod dywan, a raczej z ich poczucia, że na tym również znają się najlepiej i mają moralne prawo o tym nauczać…  bo są ekspertami rzecz jasna.

Wsłuchując się w nauki księży można dopiero nabawić się „problemu”. Według nauki Kościoła:
1. Wiadomo, że seks przedmałżeński jest grzechem ciężkim, na równi z tymi, zapisanymi w Kodeksie Karnym. Taki przygodny seks po dyskotece z pierwszą lepszą, której imienia nie pamiętamy – to jeszcze pół biedy, ksiądz w konfesjonale werbalnie skarci, ale rozgrzeszy. Gorzej, gdy zrobimy to z osobą, którą kochamy, dzielimy wspólne, ale „lewe łoże”, jesteśmy związani emocjonalnie, gdzie seks jest naturalnym wynikiem fizyczno-psychicznej zażyłości. O nie! Na to zgody być nie może! I rozgrzeszenia nie będzie! Bo mieszkać się razem zachciało! Pozorować małżeństwo i bez Boga się obywać!
2. Antykoncepcja? Grzech śmiertelny i ogień piekielny (taki najgorętszy jaki tam mają), tylko kalendarzyk (nie wierzyć w plotki, że zdradliwy!). Stosunek przerywany? ZŁO!
3. Wytrysk tylko wewnątrz partnerki (że w pochwie dedukuję). Przechodząc na odpowiednią retorykę: „Mężczyzna składa nasienie w łonie kobiety”. Ciekawostką jest zdanie pewnego księdza, który raczył szerzej omówić kwestię współżycia, mianowicie dał on do zrozumienia swoim owieczkom, że KK nawet na seks oralny jest gotowy dać przyzwolenie (ha! na jakie rarytasy pozwala!), ale „wszystko” zakończyć ma się po Bożemu. Posłużył się również przykładem: gdy małżeństwo na dziecko decydować się nie chce (co samo w sobie jest już grzechem), a mąż nie radzi sobie ze swoim popędem (co jest grzechem), na domiar złego żona ma dni płodne (i tu pewnie grzechem kobiety jest to, że nie ma ich całe życie 24h/ dobę) … uwaga! Żona może pieścić oralnie partnera!… tylko co dalej? Przecież… patrz Punkt 2: niczego nie można przerywać, żeby się waliło, paliło i grzmiało… i patrz początek punktu 3: W punkcie kulminacyjnym delikwent musi być na „swoim miejscu” i… chyba zostaje w zaistniałej sytuacji wycieczka do Lichenia w intencji  osłabienia plemników (walka z czasem, pot na czole.. no i jakoś tak niezręcznie modlić się, by poczęcia nie było).Odwrotna sytuacja jest przez księdza w ogóle pominięta, bo pewnie jak kobieta ma ochotę – to już nawet nie grzech. Ją szatan opętał! No ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Wg KK kobieta pochodzi jedynie z żebra mężczyzny, co na dzień dobry ją już odpowiednio stygmatyzuje… No ale cóż KK bywa brutalnie szowinistyczny. Więc cieszcie się, że na stosach się drogie Panie nie palicie!
4 „Jeśli małżonkowie zamiast współżycia angażują się w intensywne pieszczoty z zamiarem osiągnięcia orgazmu lub gdy tylko świadomie i dobrowolnie dopuszczają taką możliwość, to popełniają grzech określany jako onanizm małżeński albo wzajemna masturbacja i nie usprawiedliwia niczego fakt, że dzieje się to w małżeństwie. Jest to grzechem. Sakrament ten nie oznacza bowiem przyzwolenia na wszelkie zachowania seksualne.” – posłużyłem się cytatem, bowiem grzech to śmiertelny i pisanie o tym opętaniem grozi.  
5. Zgaszone światło jest sprawą chyba oczywistą, co by nie „podniecać się” swoim grzesznym ciałem… bo za to piekło czeka, gra wstępna wydaje się chyba też zbędna, bo jakby jakiś „falstart” zawodnik zaliczył… to już może się delikwent z Lucyferem witać, bowiem:
- koniec, nie tam gdzie trzeba!
- egoizm!
- ludobójstwo, miliony hipotetycznych boskich istnień…
- nieczystość w sensie moralnym i… fizycznym!
- marnotrawstwo  

Po tych seksualnych radach wszystkiego i tak już się szczerze odechciewa. Uświadamiamy sobie, że cały ten seks to lawirowanie na granicy grzechu, spacerowanie po krawędziach kotłów piekielnych i …ocieranie się o czarną pelerynę diabła. Żadnych edukacji seksualnych nie wprowadzać, bo seksuolodzy chcieliby się w to z pewnością angażować – a to szatański zawód, co za tym idzie - szatańska wiedza byłaby na latorośl przelana.
O religii na maturze lepiej pogaworzyć…


sobota, 27 października 2012

"Rozróżnianie barw jest jedną z zalet licznych, gdy Świat, który widzisz jest monochromatyczny..."

Rysunek Andrzeja Mleczki

W poprzednim wpisie wspominałem, że gdy w debacie publicznej mowa o LUDZKIM ŻYCIU, inne kwestie momentalnie ulegają swoistej deprecjacji. W takiej chwili polityczny (skażu pa francuski… ) „savoir vivre” każe nam się na chwilę zatrzymać, poddać głębokiej refleksji, a pod żadnym pozorem nie zajmować się śledzeniem „słupków”, nie ekscytować kandydatami na kandydatów na premiera, a już na pewno nie zaprzątać sobie głów zalanymi stadionami. Warto przygotować porządną, teflonową patelnie, a z lodówki wyjąć starego kotleta o nazwie „ustawa antyaborcyjna”, otworzyć okna, a następnie w zaciszu polskiego zaścianka starannie smakołyk odgrzać… na największym ogniu rzecz jasna.

Obecnie obowiązująca ustawa antyaborcyjna (z 1993 roku) nazywana jest potocznie kompromisem aborcyjnym. Trudno natomiast używać tego określenia w momencie, gdy jedna ze stron żadnymi ustępstwami zainteresowana nie jest. Mowa tu o politykach o wyraźnie konserwatywnych poglądach, o ich wyborcach i… duchownych, którzy za wszelką cenę swój światopogląd chcą narzucić innym i to poprzez AKT PRAWNY!

Podstawowym problemem wspomnianych grup nacisku jest to, że postrzegają oni Świat w systemie „zerojedynkowym”. Złośliwie mógłbym zaznaczyć, że takie subiektywne spojrzenie na Kościół Katolicki w ten właśnie sposób (mając na uwadze pedofilię, homoseksualizm wśród duchownych, ekscytujące zabawy w lizanie księdzu kolan, podróże biskupów samochodem pod wpływem alkoholu) postawiłoby na nim przysłowiowy „krzyżyk”.  

Kościół od lat (co niewątpliwie spowodowane jest naszą historią) uzurpuje sobie prawo do współtworzenia Państwa, do jego współzarządzania, do wywierania presji na parlamentarzystów („p” mogłoby mieć mniejszą czcionkę) ba! do namaszczania tych „dobrych” i ganienia z ambony tych „złych”. Nie da się jednak ukryć, że malejąca wciąż liczba wiernych, powoduje, że prawo Kościoła do narzucania CAŁEMU SPOŁECZEŃSTWU swoich zasad, staje się znikome, by nie powiedzieć żadne.  Modne i tak często używane przez duchownych (w swoim kontekście) pojęcie „dyskryminacja” pasuje tu chyba najbardziej. W naszym Państwie (w którym konstytucyjnie każdy powinien czuć się wolny), człowiek innego wyznania, ateista, antyteista, agnostyk czuje się na siłę doktrynizowany, łapany za „mordę” i skazany na krzyk prosto w twarz „ej Bóg jest! Rozumiemy się?!”. Do pełni „szczęścia” brakuje mu chyba tylko ustawy o obowiązku przestrzegania 5 przykazań kościelnych...

Obecna ustawa (wbrew przypuszczeniom Kościoła) NIE NAKAZUJE aborcji. Nie głosi: „Każda kobieta po zajściu w ciąże winna niezwłocznie udać się do gabinetu i dokonać zabiegu”, ponieważ nie tylko od strony moralnej, ale i demograficznej byłaby to delikatnie rzecz ujmując „słaba akcja”. Ustawa nie głosi również: „Każda kobieta, która w wyniku gwałtu zajdzie w ciążę/ dowiadując się, że płód jest uszkodzony/ której życie jest zagrożone MUSI obligatoryjnie dokonać aborcji”. Obecna ustawa daje jedynie PRAWO DO PODJĘCIA TEJ TRUDNEJ DECYZJI (nawet dla zepsutego ateisty) W RAMACH WŁASNEGO SUMIENIA, JEDYNIE W TRZECH OKREŚLONYCH PRZYPADKACH.

Inną kwestią jest fakt, że księża niewątpliwie stali się mistrzami teorii. Bez rumieńca na twarzy dają eksperckie rady w sprawach skutecznej antykoncepcji, posiadają również tajemną wiedzę dotyczącą stworzenia szczęśliwej rodziny i udanego małżeństwa… w takim razie doprawdy śmiesznym wyzwaniem okazuje się dla nich podjęcie decyzji w sprawie czyjegoś życia/śmierci - głosząc ową treść z ambony w towarzystwie innych teoretyków „zatroskanych” losem ludzi, którzy odczują tragedię na własnej skórze i zmierzą się z podjęciem decyzji. Bo przecież STANOWISKO KOŚCIOŁA W TEJ SPRAWIE JEST JASNE I NIE MA ŻADNEGO ALE!

- Proszę księdza… jestem w ciąży…
- Ale z prawego łoża prawda?!
- Tak, ale…

- Brawo! Gratuluję!… chrzest 500zł… Dzięki Rządowi Prawa i Sprawiedliwości i „becikowemu” zostanie Pani jeszcze 500zł na wychowanie pociechy! Doprawdy gratuluję…

- Ale proszę księdza… moje życie jest zagrożone, mam trójkę dzieci…
- Eeee proszę się wziąć w garść! I mi tu nie szlochać, może Pani o zabiciu dziecka myśli co? Po to, żeby swoje życie ratować?! Czym ono zawiniło?! Pani się zwie katoliczką?! Tfu! Stanowisko Kościoła jest nieugięte i powinna je Pani znać… No cóż w zaistniałej sytuacji proszę przekazać mężowi gratulacje i informację, że chrzest 500zł… sama Pani rozumie…

Swoistą skłonność do podejmowania takich decyzji za ludzi, których problem dotyczy można najwyżej tłumaczyć tym, że tego typu dylematy muszą być z góry rozwiązywane, by skupić się na prawdziwych problemach:
-  brak miejsca na multipleksie dla TV TRWAM
- problemy z koncesją Radia Maryja
- brak wyraźnej pomocy ze strony Rządu dla nowych inwestycji Ojca Tadeusza
itd…

Sytuacja komplikuje się, gdy zetkniemy się z rzeczywistością, przestaniemy sarkastycznie traktować dyktatorskie podejście Kościoła do tak poważnej kwestii. Spojrzymy na tragedię kobiety, która zostaje brutalnie zgwałcona i zachodzi w ciążę. Wtedy bowiem wszystkie teoretyczne zapiski z kościelnych kazań przestają mieć zastosowanie. Dramatyzuje się kwestia wyboru, czy dokonać wczesnej aborcji, czy urodzić dziecko swojego kata – i starać się je pokochać (jak radzi Kościół). Kwestia dokonania właściwego wyboru okazuje się trudniejsza również wtedy, gdy nasz dom nie wygląda jak pałac w Licheniu, a urodzenie niepełnosprawnego dziecka, które poprzez zwykły ludzki odruch (nie kościelne przykazania) będziemy chcieli leczyć za wszelką cenę, kosztem własnego zdrowia i bytu całej rodziny (po to by przedłużyć życie dziecka choćby o kilka dni). Osobisty dramat w postaci wyboru własnego życia, czy „donoszenia ciąży” może również okazać się trudniejszy, niż wygłoszenie kilku rad księży z "kościelnej mównicy"… W powyższych trzech przypadkach „dobra rada” duchownych, modlitwa i wsparcie „dobrym słowem” może okazać się niewystarczająca.

Nie bawmy się więc w monopolistów na wszelką wiedzę i prawdę. Pozwólmy w powyższych sytuacjach decydować samemu i kierować się własnym SUMIENIEM i WOLNĄ WOLĄ, która rzekomo pochodzi od Boga.

piątek, 30 marca 2012

"U bram, których wrota ociekały ze złota uniósłszy swoje ręce ku niebu..."

Rysunek Andrzeja Mleczki

W tle dyskusji na temat polskiej sytuacji finansowej, wzrostu cen, podwyższania wieku emerytalnego, został poruszony temat, który od lat w kraju nad Wisłą uznawany jest za temat tabu. Został on poruszony o dziwo przez polską prawicę(?)... centro-prawicę(?), a może łatwiej - partię rządzącą, która swoim jestestwem "wykręca numer" politologom. Książkowe sklasyfikowanie Platformy Obywatelskiej okazuje się nie lada wyzwaniem. Powiedzmy więc, że jest to partia centroprawicowa o wyraźnym zabarwieniu lewicowym. Konserwatywno-liberalne ugrupowanie lubujące się w rozwiązaniach socjalistycznych ze zdecydowanym naciskiem na rozwiązania skrajnego kapitalizmu. Można rzec - albinos o ciemnej karnacji, niskiego wzrostu dryblas, łysy z bujną czupryną o błękitnie czarnych oczach. Właśnie dzięki swojej niejednoznaczności, dzierży władzę już drugą kadencję.
Pomimo swojej nijakości trudne decyzje jednak podejmować trzeba, zwłaszcza w dobie kryzysu. Ogół społeczeństwa ma już w związku z powyższym, podniesiony VAT, cenę litra benzyny niedługo wyższą niż butelka wykwintnego burgundzkiego wina itd. Nic dziwnego, że poparcie spada. Sfera profanum została należycie oskubana (na rzecz "ogółu"), czas więc na sacrum...

Dotychczasowe uprzywilejowanie Kościoła Katolickiego w Polsce w dobie wszelkich finansowych cięć jest bezdyskusyjne. O ile nic w tej kwestii rewolucyjnego się nie wydarzy, (bowiem byłoby to bardzo ryzykowne ze względu marketingu politycznego partii rządzącej) o tyle samo wszczęcie dyskusji na temat Funduszu Kościelnego można uznać za wielki progres w naszym demo-katolickim kraju. Sam moment na odważną dyskusję też nie jest bez znaczenia. Sfrustrowani obywatele bojący się o swoją finansową przyszłość będą sceptyczniej podchodzić do stabilnego finansowo Kościoła, który w ramach pracy komisji majątkowej odzyskuje "swój dobytek" i wciąż negocjuje lepsze warunki z partnerem jakim jest w tym przypadku nasze Państwo. Na domiar złego, nasza dobrze prosperująca firma "KK" zamieszana bywa "dziś" w kolejne afery obyczajowe: pedofilia, czy też ujawnione przez ks. Isakowicza - Zaleskiego przypadki homoseksualizmu. Nie brzmi to na pewno dumnie i wzbudza niechęć. Wylewając wiadra pomyj na KK (w przebraniu nonkonformisty13) nigdy nie skupiałem się na aferach obyczajowych wychodząc z założenia, że jest to organizacja jak najbardziej omylna i niepotrafiąca kontrolować wszystkiego i wszystkich. To normalne, zwłaszcza, że niektórzy mogą nie do końca odnajdować się w specyficznych warunkach, polegających na współpracy jedynie z reprezentantami tej samej płci. W wojsku i więzieniach też roi się od homoseksualnych ekscesów. Kobiet KK w swoich szeregach jednak nie chce! (najwyżej w pozamykanych klasztorach), a wznawianie dyskusji na temat sensu celibatu też uważa za zbędny. Jeśli więc seks jest w świecie duchownym tematem tabu, pozwólmy sobie podyskutować na temat pieniędzy.

Zmiany nad którymi zastanawia się Rząd polegałyby na zniesieniu Funduszu Kościelnego (opiewającego na niebagatelną sumę ok. 80 000 000 zł - z budżetu Państwa oczywiście) na rzecz indywidualnych wpłat w postaci 0,3% podatków zadeklarowanych wiernych - według wyliczeń - 40% społeczeństwa (biorąc pod uwagę, że wspieraliby Kościół jedynie ci, którzy rzeczywiście w życiu Kościoła uczestniczą). Suma wyniosłaby ok 100 000 000zł, co powinno duchownych usatysfakcjonować. Zadowoleni czuć powinni się również innowiercy, ateiści i agnostycy, bowiem do tej pory mogli odczuwać pewien niesmak, że publiczne pieniądze idą na cel, który delikatnie rzecz ujmując ich w żaden sposób nie dotyczy. Oburzenie kręgów Kościoła jest uzasadnione - to przecież pierwszy etap wejścia do negocjacji. Skoro jest szansa na zmianę warunków na bardziej korzystne to czemu by nie? Jak owe negocjacje odbiją się na społecznym odbiorze chyba powoli zaczyna być bez znaczenia dla polskiego Kościoła - a szkoda. Bo jeśli doszłoby u nas kiedyś do niemieckiego rozwiązania w kwestii finansowania organizacji religijnych to może okazać się, że nie uzbieramy w naszej ULTRA katolickiej Polsce, nawet tych 40%, bo o ile dziś formalna apostazja jest bez znaczenia w kontekście finansowym danej jednostki (ma jedynie wymiar moralno-ideowy), o tyle po planowanych zmianach miałaby większy sens. Co za tym idzie wpływy do kieszeni Kościoła by się dramatycznie zmniejszyły.Jeśli natomiast polski Kościół nie straci na kryzysie finansowym, proponowałbym mianować Go na naszego negocjatora w kontaktach z UE.

...nasi milusińscy.... emocjonalni terroryści.

środa, 1 grudnia 2010

"Tu grzesznicy modlą się najgłośniej..."

Rysunek Andrzeja Mleczki

Świebodzin można śmiało nazwać już Świętym miejscem na Ziemi. Stanął tam sam Jezus Chrystus i to nie taki tam zwykły Jezus...ale NAJWIĘKSZY! Największy z największych. Najpotężniejszy z najpotężniejszych. Najcięższy z najcięższych i najbardziej królewski z królewskich. Nieporównywalnie większy od tego, który 20 wieków temu zbawiał Świat, a tym bardziej do tego w Rio de Janeiro - (bo teraz przy naszym dużym świebodzińskim tamten wygląda doprawdy śmiesznie).  Monument został wzniesiony w małej miejscowości na zachodzie Polski, w mieście liczącym ok. 20 tysięcy mieszkańców, niewyróżniającym się dotąd niczym szczególnym. Miasto nie było ani kolebką handlu, ani potęga turystyczną, ale to się powoli zacznie zmieniać. Dziś Świebodzin stał się miastem, o którym nie mówi jedynie cała Polska, ale Świat cały. Polacy z dumą mogą powiedzieć, że pokonali brazylijskiego Jezusa, mając przy tym głęboką nadzieję, że Bóg nie przejdzie obok takiego wydarzenia obojętnie. Oczekujemy wręcz, by z niebios szepnął: "na Polskę można liczyć!".

Mimo tego, iż gorąca dyskusja na temat mianowania Jezusa na króla Polski przycichła, to nie musimy odczuwać wielkiego wstydu i poczucia zawodu, że cała ceremonia koronacji tak się odwleka, bowiem figura Jezusa została już obdarzona koroną. Ci sceptycznie nastawieni do całej tej "imprezy" (czyli najprawdopodobniej sataniści, ateiści, agnostycy, nihiliści) mogą sugerować, iż w tym przypadku korona cierniowa byłaby tu bardziej na miejscu. Nic bardziej mylnego! Jezus ma mieć złotą koronę i basta! Jeśli znajdą się fundusze to i całego  złotem winien Polski Naród Go udekorować. Bo jakże to? Na Jezusa będziemy żałować?!

Owszem, w całej scenerii Rio można doszukać się jakiejś symboliki- chociażby, iż tamtejszy Jezus sprawia wrażenie opiekuna wielkiego ucywilizowanego miasta, o tyle ten nasz na pustkowiu, na lekkim wzniesieniu musi czekać na resztę...Więc cała inwestycja może dopiero ruszyć. Ulepi się kilku apostołów, Maryję (zawsze dziewicę), jakiś mały "stos", dla każdego kto będzie śmiał wątpić w sens całego przedsięwzięcia, obok kilka świątyń, stoiska z małymi Jezuskami- breloczek do kluczy od samochodu, miniaturowy posążek na półkę dla bogatszego turysty, większa replika (dla tych najbardziej wierzących, a przede wszystkim tejże wiary się nie wstydzących), co by mogła przed domem stanąć. No i krzyż. Krzyż nie taki co stał pod Pałacem. Bo tamten był dla ofiar katastrofy, więc dla Jezusa musi być rzecz jasna większy. Stoiska z gadżetami na komórkę, lodówki, mikrofalówki, meble w kształcie religijnego symbolu, a każdy, kto tylko wątpliwość swą okaże lub skąpstwo w wielbieniu Pana - na stos! Bóg popatrzy z uznaniem, Świat z szacunkiem, a my dalej... po złoto! Świebodzin stanie się przykładem dla innych polskich miast...A biada temu, kto będzie chciał postawić większego Jezusa niż nasz. Za prawdę nasz winien być największy. Ktoś zarzuci rozrzutność, zaściankowość i błędne interpretowanie chrześcijańskich nauk?! satanistą, lewakiem wnet nazwać, nie oglądać się i nie tłumaczyć.
A co jeśli...
...etam, Bóg już bardziej języków nam nie pomiesza, wystarczająco się nie rozumiemy...

czwartek, 15 lipca 2010

„W tamtą grudniową noc królowie trzej przyszli i nic nie znaleźli…”?

Rysunek Andrzeja Mleczki

Faktem jest, że zaufanie do Kościoła Katolickiego nawet w tak katolickim kraju jak Polska spada. Powodów jest co najmniej kilka, ale by nie „tworzyć” tematu: „Sanctam Ecclesiam Catholicam II” warto byłoby skupić się na sprawie znacznie ważniejszej - a mianowicie na samej wierze w Boga i to bez względu na to jak Go sobie będziemy nazywać lub niewiary w kogokolwiek, kto siedziałby gdzieś na górze i trzymał za wszystkie sznurki. Z pojęciem „ateizm” spotykamy się coraz częściej, chociażby dlatego, iż dziś łatwiej ten „nurt” epatować.

Wychodząc z założenia, że wiara w Boga (kogoś, kto dał początek wszystkiemu) jest stanem pierwotnym i sytuacją wyjściową (bo dziś w Polsce raczej nikt nie ma w rodzinie głęboko zakorzenionej kultury ateistycznej)  i religii uczy się od wczesnych lat szkolnych, należy zastanowić się co powoduje zmianę postawy danej jednostki. Całkiem prawdopodobny jest paradoksalnie wpływ religii na to, by od Boga się oddalać. Począwszy od poszczególnych jej dogmatów, skończywszy na samym przedstawieniu Boga jako „istoty” skorej do kar i zemsty (z czym mamy głównie do czynienia w opisach Stwórcy ze Starego Testamentu). Kolejnym powodem może być nauka teologii wraz z indywidualną, dociekliwą analizą wszelkich twierdzeń i próbą znalezienia racjonalnych wyjaśnień. Ateizm może być również swoistym rodzajem buntu, który ociera się o nihilizm. Fakt, faktem nikt już nie wstydzi się ateizmu, a wręcz przeciwnie, przyznaje się do niego z dumą. Samo pojęcie nabrało też innego wymiaru – zaczyna być synonimem dojrzałości, wiedzy, odwagi, racjonalnego myślenia, a wręcz poczucia siły, o której pojęcia nie mają – ci słabi wierzący– potrzebujący KOGOŚ (czyt. Boga), kto będzie ich wspierał. Nie da się ukryć jednak, że tak, jak wśród samych wierzących jest wiele osób, nie do końca rozumiejących Boga, tak i wśród ateistów są również ci, którzy nie do końca potrafią wytłumaczyć swoje stanowisko. Wszelkie filozoficzne dyskusje pomiędzy jedną, a drugą stroną są pełne argumentów, twierdzeń i zarzutów, rozmowa bywa często zażarta, ale tylko, gdy czas na uzasadnienie błędnego myślenia „przeciwnika”. Problem zaczyna się, gdy strona musi podać argumenty - nie PRZECIW odmiennemu stanowisku, ale – te opowiadające się ZA swoim. Tych bez względu na położenie jest mniej. Trudno dowieść, że Bóg istnieje jak to, że Boga nie ma, stąd też tak duża fala agnostyków.

Idąc tokiem „zakładu Pascala” [względnie lepiej nastawiać się na istnienie Boga, bo wtedy ryzykujemy niewiele, bowiem jeśli okaże się, że mamy rację, to zyskamy wieczne istnienie i szczęście. Stąd też należy żyć tak, jakby Bóg istniał, ponieważ postawa ta jest zyskowniejsza niż niewiara] można byłoby podchodzić do samej wiary trywialnie, interesownie i co najmniej instrumentalnie, ale czy taka wiara będzie miała jakikolwiek sens? Tak czy owak, wszystko winno „obracać się” wokół podstawowych zasad moralnych, a niekoniecznie aksjologii katolickiej.  Jednym z głównych zarzutów przeciwników szeroko rozumianego ateizmu jest to, że najwięksi zbrodniarze w historii, to właśnie ateiści – zakładając, iż ateista z gruntu jest nie tylko oponentem poglądu na temat istnienia Boga, ale również wszelkich zasad moralnych. Jest to argument ryzykowny, chociażby ze względu na analizę czynów i zabójstw popełnianych w imię Boga.

Polemika w kraju, gdzie ok. 95% obywateli uważa się za katolików, którzy w dodatku traktowani są trochę z przymrużeniem oka, ponieważ większość z nich celem samym w sobie uważa bezrefleksyjne uczestniczenie w nabożeństwach (w kraju, w którym samo określenie „Polak-katolik” ma coraz bardziej pejoratywny wydźwięk) wydawałyby się z pozoru trudna. Zastanawiająca, a zarazem pocieszająca jest jednak popularność swojego czasu takich pozycji jak „Bóg urojony” Richarda Dawkinsa. Zainteresowanie książką o kontrowersyjnym tytule nie tłumaczyłbym jednak naszym fałszem wobec wieloletniej tradycji, tylko dociekliwością  a może nawet otwartością na inne poglądy- bo przecież sam zakup książki nie jest procesem pogłębiania czy manifestacji swojego ateizmu. Jest sygnałem, że kwesta wiary w Boga jest dla nas tematem ważniejszym, niż wiadomości rodem ze stron typu "pudelek.pl". Sam fakt popularności pozycji filozoficznych w księgarniach, bibliotekach każe nam domniemywać, że  może nasze zamknięcie na inne poglądy i podążanie za tłumem staje się jedynie stereotypowe i ma coraz mniej wspólnego z dzisiejszą rzeczywistością.

Dyskusje na temat wiary są naładowane emocjonalnie (nie mniej niż polityka) więc często gubi się gdzieś spokój i otwartość na poglądy drugiego, ale sam fakt coraz częstszych dyskusji na temat Boga i wysłuchania innego wyobrażenia/nie wyobrażenia sobie Stwórcy niewątpliwie cieszy...


sobota, 13 lutego 2010

Sanctam Ecclesiam Catholicam

Rysunek Andrzeja Mleczki

Choć jest to temat dość rozległy i nie powinien ograniczać się do 2000-3000 znaków w notce na blogu, chciałbym przedstawić moje ogólne spojrzenie na Kościół katolicki dzisiaj – w XXI w. Czy jest to instytucja która powinna ewoluować wraz z  innymi sferami życia? Czy wręcz przeciwnie –atutem sfery duchowej jest jej niezmienność, nieskazitelność i odporność na wszelkie wpływy rozwoju społecznego? W rzeczywistości chyba te dwie drogi funkcjonowania religii się trochę splatają – i jest to niejako zrozumiałe i nieuniknione. Problem tkwi jednak w tym kiedy decyduje się na konserwatyzm a kiedy na swoistą postępowość.

Z przeprowadzanych badań wynika, że „krzywa” wskazująca uczestnictwo społeczeństwa we wszelkich praktykach religijnych przypomina równie pochyłą, księża przestają być autorytetami, jak i niedzielna msza przestaje być czasem wyciszenia, refleksji i nauki. Bez wątpienia staliśmy się bardziej wymagający, z biegiem czasu oczekujemy więcej od siebie i od innych. A od kogo wymagać więcej niż od „pośredników między nami a Bogiem”? I tu dochodzimy do kwestii starań duchownych by nie tyle uatrakcyjnić religię (bo to może okazać się dość ryzykowne) ale ją uszlachetnić. Nie chcę poruszać tematu wielu wypaczeń funkcjonowania „personelu” (mówiąc o gwałtach, zakładaniu rodzin, wykorzystywaniu pozycji). Jak w każdym przedsiębiorstwie trudno odpowiadać za każdego i brać za niego odpowiedzialność- wszędzie może trafić się jakiś felerny pracownik (że pozwolę sobie na ten zbiór świeckich określeń, które mają jedynie na celu wskazanie analogii a nie zmniejszenie znaczenia Kościoła). Ta narastająca niechęć do duchownych musi być wywołana czymś więcej niż zachowaniami pojedynczych księży. Jeśli miałbym przechodzić do własnych odczuć, to wolałbym w dzieciństwie patrzeć na księdza z wielką sympatią, jak na kogoś, za czyim pośrednictwem mogę uczyć się nie tylko o Bogu ale i o życiu. Nie patrzeć na niego jak na kogoś kto skarci przy spowiedzi, zada straszną pokutę, przy „kolędzie” (ewentualnie na lekcji religii) zapyta z pacierza – i biorąc pod uwagę ilość moich zająknięć przy „Ojcze Nasz” oceni jak silna jest moja wiara…, nie spoglądać na niego ze strachem zdając sobie sprawę, że to ten, który na każdym kroku udowodni jak jestem grzeszny tylko nauczy jak być dobrym. I to nie w sposób zniechęcania do „Harrego Pottera”, dzisiaj do „AVATARA”, wskazując tam na szatańskie przesłania i wyraźny atak na kulturę chrześcijańska- bo myślę, że między innymi przez tego typu angażowanie się Kościoła w życie społeczne, traci powagę i zwraca uwagę na główny problem. Otóż problemem jest świadomość duchownych, iż ich sposób nauki o Bogu jest w stanie przegrywać z fikcją literacką czy filmową.

Jeśli coś ludzi zniechęca- to na pewno ma to związek z polityką lub pieniędzmi. Z powodu przesytu tematów politycznych na blogu tego tematu nie będę poruszał (choć o o. Ryzyku można byłoby sporządzić oddzielną notkę), zostaję „pieniądz”- a znaczenie pieniądza w życiu jest niepodważalne, w kontekście funkcjonowania Kościoła ma już niestety znaczenie pejoratywne- bo wierni wrzucając „na tacę”, wręczając kopertę przy „grudniowo-styczniowych odwiedzinach”, płacąc za modlitwę, mszę dziękczynną, błagalną itp. chrzciny, ślub, pogrzeb, coraz częściej zdają sobie sprawę z próżności czegoś co powinno mieć z próżnością najmniej wspólnego- czyli z WIARĄ.