Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Demokracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Demokracja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 marca 2015

"Do ludności, do żołnierzy..."

W sytuacjach kryzysowych można panikować lub... żartować, żartować dla podtrzymania się wzajemnie na duchu i tak po prostu - aby nie zwariować. Do kryzysów jesteśmy przyzwyczajeni, to możemy bez zbędnego skrępowania zafundować sobie ekstrawagancką formę rozrywki na każdej z możliwych płaszczyzn - kto bogatemu zabroni? Mamy w czym wybierać.

W ramach solidarności narodowej winniśmy założyć czerwone okrągłe nosy, odpowiednią czapkę i szpiczaste kolorowe buty, chodzić po mieście i żartować, śmiać się do rozpuku, drwić z samych siebie, odzierać się z resztek powagi i przyzwoitości. Śmiać się ze swoich niedoskonałości, braków, ze świętości, narodowości, z państwa... z Państwa.

Każda w miarę rozgarnięta władza, a nawet cała klasa polityczna w normalnym, w zdrowym kraju określając tak wyraźnie swoje stanowisko wobec Rosji, zastanawiałaby się, co jeśli Rosji się coś nie spodoba? Co wtedy? Co, jeśli okaże się, że wychodzi się z niektórymi działaniami/słowami o odrobinę przed szereg?  Tak, każda władza się zastanowi, zatrzyma, zrobi mały przynajmniej iluzoryczny bilans zysków i strat. My natomiast czasu tracić na przystanki nie lubimy, chcemy być w ruchu i działać, a jak już w miejscu, to przynajmniej podskoczyć, policzki nadymać, przykucnąć z lekka i podskoczyć te kilkanaście centymetrów, ile natura dała! podskoczyć i krzyknąć złośliwie choćby: "Putin się w nocy moczy!" i w nooooogi! jak się da, z impetem wystartować i uciekać! Z zadyszką, językiem na brodzie, ale z satysfakcją - sukcesy należy celebrować, przede wszystkim te osiągnięte na arenie międzynarodowej. Gdy kurz opadnie, obejrzymy się za siebie i przekonamy się, że nikt nas nie goni i uszło nam to na sucho, możemy działać dalej. Wtem można zacząć festiwal dobrego humoru. Nie na rynku, parku, cyrku... ale w Sejmie. Akustyka dobra, widownia dopisuje. 

Komu więc przypada zaszczyt rozbawienia sali? Ano marszałkowi (druga osoba w Państwie). Pan Sikorski proponuje posłom wyjazd na poligon i przeszkolenie wojskowe w razie gdyby czasy stały się jeszcze bardziej niespokojne. No i śmiechy, brawa, bo przecież duma, że marszałek taki dowcipniś. Część posłów wyobraża sobie zdjęcia, które nadawać będą się na FB i Instagram. Pani Krystyna Pawłowicz natomiast zgłasza chęć przeszkolenia i gotowość obrony RP w przypadku wojny, co też jakoś nie daje nam powodu do poczucia bezpieczeństwa, a raczej do śmiechu i kolejnych żartów. Serwisy informacyjne mogą skupić się na zebraniu opinii reszty polityków czy wyobrażają sobie Panią Pawłowicz w kamaszach, czy i ile byłaby w stanie zrobić pompek, przysiadów i jak ta ilość wpłynie na nasze bezpieczeństwo. Śmiechy, chichy i igrzyska.

Gdy dowcipy na temat naszej armii i przygotowania militarnego kraju przestają śmieszyć, możemy poobserwować, jak główne partie polityczne żartują sobie z nadchodzących wyborów prezydenckich. Bo przecież takie tam głosowanie jak na dyżurnego klasy (najwyżej gąbka będzie źle wyciśnięta). Kontrkandydatami obecnie urzędującego Prezydenta ma być Pan Duda,  u którego poziom populizmu i demagogii osiąga poziom orbitalny, Pani Ogórek, którą może zabić jakakolwiek spontaniczność i niezapowiedziane wcześniej pytanie potencjalnego wyborcy o pogodę. Jarubas, którego głównym atutem jest śpiew... a raczej chęć śpiewania. Do tego Pani Grodzka, której CV też jakoś średnio predysponuje do stanowiska, muzyk, który co jakiś czas krzyczy o Jednookręgowych Okręgach Wyborczych i kilkunastu innych kandydatów na kandydatów mających nadzieję, że te 100 tys. podpisów jakoś uda się zebrać - w końcu kandydować może niemal każdy - zwłaszcza, że bezrobocie duże. Dziwne, że na stronach Powiatowych Urzędów Pracy nie ma wzmianki...

Jesteśmy krajem, który żartuje sobie ze swojej obronności, bez wykazywania realnego niepokoju, że militarnie moglibyśmy się czuć w miarę pewnie jedynie w przypadku konfliktu z Zimbabwe czy Malawi i to też pod warunkiem, że wojna odbywałaby się na naszych zasadach (armia może składać się jedynie z ludzi rasy białej). Jesteśmy krajem, który nie dorósł do demokracji, nie udało nam się przez 25 lat wyhodować odpowiedniej "klasy politycznej", społeczeństwa obywatelskiego, właściwej ordynacji wyborczej, aż wreszcie dojrzałej mądrej władzy. Mamy zbiór pajaców, clownów i oszołomów, którzy od 89. roku nauczyli się, że najgłośniej to o nich będzie jak powiedzą coś śmiesznego... nie mądrego.

Jesteśmy krajem, który rzeczywiście w stanie realnego zagrożenia obleje test patriotyzmu. Możemy dziś bowiem trzymać się razem śmiejąc się z absurdów, kpiąc z rzeczywistości, ale gdy stanie nam rzeczywiście Polski bronić, możemy przekonać się, że zaczyna brakować nam argumentów i odpowiedzi na kluczowe pytanie: Za co mam tak naprawdę umierać?  Za co? Za... Polskę?


sobota, 10 stycznia 2015

"Gdy wiara w Boga zabiera życie ludziom, co zamiast Niego znaleźli religię" Update 1.0


Przyglądając się (nawet nie nad wyraz wnikliwie) minionym (jak i tym aktualnym) konfliktom zbrojnym, masowym mordom, zamachom, nie trudno odnieść wrażenia, że często wywodzą się z tych samych punktów zapalanych. Nie mam tu oczywiście na myśli niezrównoważenia psychicznego samych agresorów (choć w wielu przypadkach czynnik ten jest dosyć znaczący), ale raczej ich ideologiczne przekonanie mobilizujące ich do owego działania. Pomijając więc stan emocjonalny, chorą ambicję, czy prozaicznie brzmiącą chęć zdobyczy terytorialnych i materialnych, zabijają oni w imię czystości etnicznej, kulturowej i religijnej.

W tle trwających obecnie ponad trzydziestu konfliktów zbrojnych na całym Świecie, które prowadzone są na różnych frontach (głównie w Azji i Afryce) słyszymy o pojedynczych zamachach. 
Ten o największej sile rażenia w ostatnim czasie miał miejsce 22 lipca 2011 roku. Zamachowiec Anders Brevik realizując skrzętnie przygotowywany przez 3 lata plan, zabił 77 osób detonując bombę w Oslo i strzelając na wyspie Utoya do młodzieżówki Norweskiej Partii Pracy. Po pierwszym przesłuchaniu zamachowca, wszyscy jednogłośnie okrzyknęli go prawicowym fundamentalistą kierującym się ideologią nazizmu  (chociażby w aspekcie troski o zachowanie czystości kulturowej). Norweg tłumaczył, że jego działanie będzie zrozumiane przez Europejczyków dopiero za kilkadziesiąt lat, gdy ekspansja Islamu w Europie będzie tak silna, że Stary Kontynent tracić będzie swoją chrześcijańską tożsamość, która od setek lat była tak silnie zakorzeniona. Trudno nazwać go fanatykiem religijnym i współczesnym krzyżowcem- zwłaszcza dlatego, że informacje na temat Brevika nie pozwalają określić go jako człowieka ściśle związanego z ruchem chrześcijańskim (choćby poprzez kontakty z masonerią). Coś czego kwestionować się  nie da, a co zostało zapisane w jego osobistym „Mein Kampf”, to nienawiść do Islamu i kultury muzułmańskiej. Przypisywana mu skrajna prawicowość kłóci się jednak z jego poparciem dla zintegrowanej Europy. Niełatwo więc o jasną ideologiczną kategoryzację Brevika, ale bez wątpienia jego wyznaniowo-etniczna nienawiść była podstawą do jego agresji. Stał się więc słusznie symbolem dzisiejszego terroryzmu wywodzącego się z chorych idei, uprzedzeń oraz ksenofobii. Nie był obrońcą (jak się sam siebie mógł określać), był bezdyskusyjnie agresorem.    

Masakra w Monachium z 1972 roku w czasie letnich Igrzysk Olimpijskich, Atak z 11 września, wojny na Bałkanach, konflikt bliskowschodni to wydarzenia z ostatnich lat, a przecież to "kropla w krwawym morzu" wszystkich ofiar kulturowo-religijnych sporów w naszych dziejach, a z którymi Świat borykać się będzie zawsze, bowiem radykalizm najłatwiej budować na gruncie religijnym. Zarazem ekstremizm ten, jest najbardziej niebezpieczny – bo cóż daje większą odwagę w "heroicznym" i najdalej posuniętym działaniu, niż rzekomy jego boski wymiar?
Skonfliktowana przez wieki Europa ujednoliciła się przed laty kulturowo i religijnie na tyle, że do otwartych konfliktów zbrojnych na skalę wojny palestyńsko-izraelskiej już nie dochodzi. Unia Europejska od lat kształtuje kontynent w jedną skonsolidowaną masę, wolną od konfliktów, za to pielęgnując takie wartości jak tolerancja i wspólny dialog - stąd między innymi zgoda na rozwój europejskiego islamu. Czy jesteśmy gotowi na tak daleko posuniętą multikulturowość na relatywnie małym obszarze jakim jest Stary Kontynent?
Terroryzm oraz zamachy, które miały miejsce w ostatnim czasie w Paryżu przypominają, że nie jest to łatwe. Zwłaszcza gdy dialogu trzeba szukać z islamskimi ekstremistami... Różnice kulturowe są wyraźne, a niebezpieczne robią się, gdy jedna ze stron zbyt mocno akcentuje swą odrębność i wąsko zakreśloną granicę za którą widnieje swoista tabliczka "obraza uczuć religijnych".  

Problem pojawić się może wtedy, gdy religia muzułmańska przestanie funkcjonować w Europie na zasadzie mniejszości, a stanie się (co przewidują prognozy europejskich futurologów) silną alternatywą dla chrześcijaństwa. Gdy jedna ze stron będzie bała się otworzyć usta, by nie obrazić uczuć religijnych tych drugich. Gdy media w obawie przed eskalacją kulturowych konfliktów (lub o własne bezpieczeństwo) obawiać się będzie emisji poszczególnych materiałów. Gdy wszyscy ze strachu unikać będziemy satyry, karykatur... żartu. Aż wreszcie, gdy nie-muzułańscy mężczyźni widząc swoje nie-muzułmańskie kobiety odziane w skąpe szaty będą je natychmiast prosić, by przebrały się w coś bardziej przypominający chijab lub chador, bo sąsiad Abdul Hamid może poczuć się urażony.

Chyba, że przestaniemy patrzeć na siebie wrogo i bez uprzedzeń. Chyba, że takie same prawa będą dotyczyć nas w Teheranie czy Rijadzie, co "przyjezdnych" w Paryżu czy Berlinie. A może do tego czasu ewolucja przyspieszy na tyle, że człowiek przestanie stawiać religię ponad Boga oraz zdrowy rozsądek i pozwoli na to, by meczet stał kilka metrów od kościoła katolickiego, nie zasłaniając przy tym stojącej z tyłu żydowskiej synagogi?



wtorek, 15 lipca 2014

AFERA TAŚMOWA MANIPULACJĄ? PRAWDZIWE STENOGRAMY ROZMÓW



B.S.- Witam!
M.B.- Kłaniam się nisko Panie Ministrze!
B.S.- Nasza rozmowa ma charakter głównie służbowy, rozmawiać będziemy bowiem o sprawach najwyższej rangi państwowej. Może zdarzyć się natomiast, że od czasu do czasu pozwolę sobie na akcenty czysto prywatne - znamy się przecież nie od dziś. To spowoduje, że będę czuł się wysoce niezręcznie prosząc kelnera o wystawienie rachunku na cele reprezentacyjne. Czy nie ma Pan nic przeciwko?
M.B.- Ależ skąd! W pełni się z Panem zgadzam. Zaprawdę powiadam, że każdy grosz publiczny winien być wydany tylko w uzasadnionych przypadkach. Nasza rozmowa, choć jak zawsze rzeczowa i konstruktywna, może nie obyć się bez pojedynczych treści niemerytorycznych, co winno pozbawiać nas moralnego prawa do traktowanie owej dysputy w charakterze czysto służbowym.
B.S.- Skoro jesteśmy nader zgodni w tej kwestii, chciałbym pozwolić sobie przejść do omówienia problemu, który ze względu na wykonywane przez nas honorowe funkcje państwowe obliguje nas do przeprowadzenia tej rozmowy.
M.B.- Ależ oczywiście, proszę rozpocząć, jestem bowiem przekonany, że nikt nie rozpocząłby tej dyskusji lepiej niż właśnie Pan, nie tylko ze względu na Pana niepodważalne kompetencje, ale również  fakt, że niezwykle zależy Panu na interesie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.
B.S.- Dziękuję. Ubolewam więc nad stanem kondycji finansowej Państwa. Wciąż pogłębiający się dług publiczny nie daje mi spać. Wraz z całą Radą Ministrów czujemy na sobie ciężar odpowiedzialności  i chcemy zrobić wszystko, by żyło się lepiej, wszystkim.
M.B. - Rozumiem. Ówczesny stan Państwa zmusza do ciężkiej pracy w celu poprawy ogólnej sytuacji. Jako Prezes NBP jestem apolityczny i nie chciałbym nawet w prywatnej rozmowie przed Panem ujawniać się ze swoimi sympatiami politycznymi, ale życzę Państwu dobrze, bo życzę dobrze Polsce. Rządziłby PiS, życzyłbym dobrze PiS-owi, bo życzę dobrze Polsce.
B.S.- Smaczny ten schabowy prawda?
M.B.- Owszem, smakuje wybornie. Można najeść się za stosunkowo niewielkie pieniądze. A propos pieniędzy. Wie Pan co? Mój syn bardzo lubi grę Monopol, zna Pan niewątpliwie. Problemem są jednak banknoty, wiele z nich jest już zniszczonych, a nie uważam, by rozsądne było kupowanie gry z powodu wadliwych poszczególnych elementów.
B.S.- Niech Pan je dodrukuje! Proszę dodrukować pieniądze!
M.B.- Racja! Dziękuję za radę. Świetna myśl. W ramach wdzięczności proponuję Panu wizytę u mnie i rozegranie jednej partii. Będzie Pan mógł wybrać kolor pionka i który z graczy miałby pełnić funkcję bankiera.
B.S.- Bardzo mi się podoba takie postawienie sprawy. Wróćmy jednak do Polski. Mimo ciężkiej sytuacji nie mogę powiedzieć, że działania naszego rządu są złe, inwestycje to w zasadzie "miód, spec-grupa i Joanna Krupa" - efektywność, profesjonalizm i atrakcyjność w jednym. PKB jednak wciąż wydaje mi się zbyt niskie, zadłużenie rośnie, a Polakom nie żyje się dobrze. Mam jednak pewien plan mający na celu poprawę polskiej gospodarki, plan który napędzi przemysł, ściągnie zagranicznych inwestorów, czułbym się natomiast wielce niestosownie mówiąc o tym Panu w tych okolicznościach. Chcę, by wszystko miało w pełni tryb formalno - legislacyjny. Może się Pan zatem dziwić dlaczego o tym mówię, skoro nie zdradzam żadnych szczegółów, nie oczekuję poparcia, nie dążę tu do żadnych politycznych targów. Wie Pan dlaczego?
M.B.- Przypuszczam. Chce Pan mnie uspokoić. Zdaje Pan sobie sprawę jak martwię się o Najjaśniejszą Rzeczpospolitą i mówi mi Pan, że jest nadzieja. To wystarcza. Również jestem daleki od rozmów na temat ustaw, poparcia itp. Musimy pamiętać, że żyjemy w demokratycznym Państwie prawa, w których zachowane są wszelkie standardy wzorowej dyplomacji.
B.S. - Utwierdziłem się jedynie w przekonaniu, że reprezentuje Pan te same wysokie standardy, co Pan Premier. Dziękuję. W imieniu Polski - dziękuję.
Do diaska! ale nakruszyłem... przepraszam za słownictwo.
M.B.- Muszę Panu przyznać, że  też zdarza mi się równie soczyście zakląć, ale panuję nad tym, majestat stanowiska, które piastuję powoduje, że owe słowa brzmią w mych ustach po prostu niegodnie.

...

wtorek, 6 maja 2014

Tomasz Adamek - człowiek, który pozostał bokserem



Nosiłem się z zamiarem, by niniejszym wpisem ustosunkować się do kandydatury Tomasza Adamka. Zabawić się w kontrargumentację jego postulatów, zakwestionować zasadność głoszonych przezeń haseł. Poczytałem, posłuchałem owego zacnego kandydata, następnie poczułem się po prostu głupio... tak zwyczajnie, tak jakby sobie ze mnie bezczelnie zadrwiono, bezpruderyjnie, publicznie i bezlitośnie, zgwałcono każdą moją szarą komórkę z osobna. Chciałem coś napisać, posłuchałem... niektórych fragmentów nawet dwukrotnie, chciałem coś napisać... nie dałem rady. Przepraszam. Chciałem, ale było już za późno.

niedziela, 30 czerwca 2013

"Tylko krzyk nienawiści dziś słychać... A zagłuszyć może go dopiero cisza."



Czerwiec to najlepszy czas dla tych, którzy z rozrywki na co dzień żyją. Imprezy plenerowe, wesołe miasteczka, cyrki... kongresy i konwencje polskich partii politycznych. Wczoraj, niewątpliwym centrum rozrywki okazał się Śląsk.  Nie było waty cukrowej, karuzeli łańcuchowej, lemurów czy kolumbijskiego koksu - było coś więcej. Sosnowiec i Chorzów gościł dwie największe grupy najznamienitszych cyrkowców, linoskoczków, spadochroniarzy i doświadczonych klaunów ze stażem pracy sięgającym aż do roku 1989.

Sosnowiec przez chwilę przestał być wymieniany przez wszystkie przypadki jedynie w kontekście matki Madzi, a chorzowskie wesołe miasteczko będące największym stałym lunaparkiem w Polsce mogło poczuć silną konkurencję i to już kilka przecznic obok. Prawo i Sprawiedliwość i Platforma Obywatelska zaczęła swe osobliwe happeningi. Mogliśmy je śledzić poprzez telewizyjną transmisję. Usiąść przed telewizorem z lekko przypalonym popcornem z Biedronki w ręku i z wyraźnym wzruszeniem w głosie stwierdzić: "my Polacy potrafimy się jeszcze dobrze bawić, dobre kabarety tworzyć, imponujące scenariusze pisać - mimo wszelkich niedogodności i stęchniałych kłód pod nogami". Obie sale, na których odbywały się spektakle pękały w szwach, ludzie z wymalowaną na twarzy wiarą, że kolejny raz w swoim życiu biorą udział w czymś niezwykłym, podniosłym i wyjątkowym, bili brawo, wstawali, śpiewali hymn, siadali po to, by na nowo wstać dając w ten sposób wyraz szacunku i dumy ze swojego stand-upowca. Ci za to, samą tonacją wodzowskiego głosu próbowali straszyć, grozić i motywować. Może dowcipów mało, ale obsesji, frustracji i puszenia piór na tyle dużo, by dyskretnie rozglądać się za jakąkolwiek formą pomocy medycznej - będąc bowiem naocznym świadkiem tych zdarzeń, udzielanie pierwszej pomocy winniśmy traktować jako ludzki odruch.

Dlaczego więc mowa o kabaretach skoro więcej tu cierpienia i żalu, niż lubieżnych żartów i dobrego humoru?  Ano dlatego, że etap walki politycznej dwóch największych partii można było jeszcze do niedawna traktować jako naturalną kolej rzeczy - przez kilka lat po 2005 roku, ale nastał moment, kiedy cała ta machina jakby straciła nad sobą kontrolę. Większość społeczeństwa do niedawna zaangażowana w cały ten pojedynek, odwróciła się do niego plecami, pod pretekstem wyjścia do toalety, całkiem opuściła miejsce zdarzeń, inni uskuteczniając kilka kibolskich gwizdów będących wysublimowaną formą okazania niezadowolenia, wyszła trzaskając drzwiami. Na czym polega zatem w tym wszystkim żart i swojego rodzaju śmieszność całej sytuacji? Otóż taka, że nasi bokserzy, choć w zasadzie nie pałają do siebie rzeczywistą nienawiścią, tak zapatrzeni w scenariusz nie zauważają, że  publiki to już w zasadzie żadnej nie ma, że sztaby trenerskie stają się powoli jedynymi obserwatorami ich zawodów - i to bardziej z poczucia obowiązku niż chęci. Wszystko staje się pustym spektaklem, pustych słów i powtarzanych sloganów, przepychanką, która nie wydaje się już ani atrakcyjna, ani emocjonująca. Odwarstwienie klasy politycznej od społeczeństwa zaczęło polegać na swoistym dysonansie, a właściwie na zupełnie innym sposobie postrzegania przez nas i przez nich realnych trudności codziennego życia w naszym królestwie. O ile do niedawna jeszcze najbardziej płytki populizm i najbardziej przewidywalna demagogia niosła za sobą choć krztę właściwej identyfikacji problemu, tak teraz, poziom bezwstydnej politycznej retoryki został uznany za panujący standard i słuszną normę.

Problemem partii rządzącej nie jest bowiem to, że nie ma ona żadnego pomysłu na poprawę sytuacji przeciętnego Nowaka - ich problemem jest PiS. Problemem opozycji natomiast jest PO - już nawet nie fakt, że większość społeczeństwa nie da sobie wmówić, że w Smoleńsku był zamach, że na wykorzystywaniu uczuć religijnych i emocji można zbudować silne Państwo.

Może byśmy w takim układzie tak przed szereg wyszli i wszystkie winy na siebie wzięli. Wszystko co najgorsze w latach ostatnich - że to my, że nie oni. Pakiety klimatyczne, nieudolne negocjacje z Brukselą, buble prawne, nieuchwalone ustawy, Smoleńsk, kontuzja Tuska, śmierć Alika, dziura budżetowa, zalana Warszawa i Pani Pawłowicz w Sejmie. Że to my! Że to nasza wina tylko.

Z autentyczną skruchą w pierś się uderzymy i wrócimy do swoich foteli, włączymy telewizor i z nutką niepewności zobaczymy co dalej? Co wtedy? 


Przecież błota już zabraknie...


wtorek, 17 stycznia 2012

"Demokracja? Nawet jak kulawa i młoda...ale przyzwyczaiłem się już do niej, trochę szkoda..."

Rysunek Andrzeja Mleczki

Według Goerge'a Orwella, polityka została wymyślona po to, aby kłamstwo brzmiało jak prawda. Co za tym idzie, w polityce sukces osiągać winni tylko ci, którzy kłamią tak dobrze, że ich kłamstwo zaczyna brzmieć prawdziwiej, niż sama prawda.

Czy rzeczywiście polityka wyzuta jest z wszelkich pozytywnych intencji, ściśle wiąże się z blefami, swoistą grą w pokera z własnymi wyborcami? Po części tak - ale jest to grzech nie tylko samych polityków (którzy często według nas ponoszą winę nawet za złą pogodę), ale systemu i nas - wyborców.

Zacznijmy od wspomnianego systemu, który buduje całą specyfikę naszego Państwa (jak zresztą większości państw w dzisiejszym XXI-wiecznym Świecie). Demokracja, którą już Platon nazywał najgorszym wśród wszystkich praworządnych ustrojów, ale najlepszym wśród wszystkich nierządnych, narzuca rytm "działania" dla całej politycznej elity.  

Dla własnego bezpieczeństwa (zanim przejdę do podkreślania wypaczenia owego ustroju) podkreślam, że mimo wszystko jestem demokratą. - To tak na wypadek, gdyby amerykański rząd dowiedział się o moim sceptycyzmie i wysłał do mnie swoje wojsko w ramach akcji stabilizacyjnej.
Mimo wielu oczywistych zalet demokracji, mamy do czynienia z jedną znaczącą wadą w kwestii szeroko rozumianego "dobra ogółu". Co zarazem przekłada się na jakość rządzenia wybranej przez nas w demokratycznych wyborach opcji. Krótko mówiąc, chodzi o perspektywiczne patrzenie naszego "króla", który ma na uwadze, że jego kadencja trwać będzie jedynie kilka lat. Kto o zdrowych zmysłach przeprowadzałby więc reformy, które są w istocie dobre, ale odczuwalne byłyby dopiero w kolejnym dziesięcioleciu? Najważniejsze dla danego ugrupowania, które wspina się na szczyt władzy, nie jest zastanawianie się nad tym, czy podjęta przezeń decyzja będzie za kilkadziesiąt lat wspomniana w książce do historii, jako przykład przełomowego posunięcia dla obecnie funkcjonującej gospodarki/ rolnictwa/ przemysłu itp., najważniejszy jest aktualny odbiór społeczny doraźnego manewru.

Nie trzeba legitymować się wykształceniem ekonomicznym, by wiedzieć jak długofalowym procesem jest rozwój ekonomiczny państwa. Nijak ma się to więc do naszych politycznych krótkodystansowców, których wzrok sięga najdalej do kolejnych wyborów parlamentarnych. Nie ma się co dziwić, że kolejne kampanie wyborcze pełne są tych samych frazesów, obietnic o zwiększeniu zarobków, zmniejszeniu podatków i poprawieniu kondycji Służby Zdrowia. Choć trąci to wszystko banałem, zawsze będzie przez nas "kupowane" chętniej, niż szeroki, długoterminowy plan działania. Plan, obejmujący chwilowe zwiększenie podatków, wprowadzenie trudnej reformy, która w trakcie wdrożenia w życie poniesie za sobą wiele niedogodności, ale zrekompensuje nam to wszystko za kilka lat. Po co? Przecież ważne jest dziś i teraz! W relacji "polityk - wyborca" nie zachodzi więc żaden konflikt interesów.

Polska na szczęście w tej krótkowzroczności nie jest osamotniona, co ukazał nam obecny światowy kryzys. Z natury nie lubimy planować jutra, chcemy ŻYĆ dniem dzisiejszym, co często wiąże się ze smutnymi rezultatami.

Wracając do mistrzostwa w zręcznym kłamstwie... to jak dobrego łgarza musimy mieć u władzy dzisiaj? Skoro na początku drugiej kadencji notuje 40%-owe poparcie? Co najlepsze- w expose zapowiada podniesienie wieku emerytalnego, zniesienie wielu ulg, poza tym robi jakieś zamieszania z refundacją leków i delikatnie rzecz ujmując nie imponuje wyborcom swoim dobrodziejstwem. Dochodzą tu zatem dodatkowe polityczne atuty pozwalające na utrzymywania poparcia społecznego - sympatyczność, używanie magicznego słowa "przepraszam" i katastrofalnie słaba opozycja, dla której powinno się poświęcić oddzielny wpis.
 Demokracja bardziej niż logiki i realnego rządzenia potrzebuje MARKETINGU. To, że patrzymy często na polityków, jak na zwykłych aktorów nie jest winą ich samych. Grają bowiem w teatrze, który sami tworzymy - my, wyborcy. Wszystko to bazuje na kruchej konstrukcji opartej na cienkich, plastikowych "wzmocnieniach", malowanych co jakiś czas na inny kolor - ładnej, jaskrawej farby.

Z drugiej strony, zawsze gdy rzucę kamieniem w "swój ustrój" myślę, że i tak mam duże szczęście - mając do owego "rzucania" w ogóle prawo. Spojrzę na sytuację w Korei Północnej i cieszę się, ze mój płacz po śmierci rządzącego nie jest oceniany w kategoriach mojego oddania dla kraju (nie ponoszę konsekwencji za zbyt małą ilość wylanych łez). Nie muszę obawiać się, że wstawiając niniejszy wpis, trafię do obozu pracy, a moja rodzina będzie internowana tylko dlatego, że zwę się NONKONFORMISTĄ.

piątek, 14 października 2011

"To nic nie świadczy, to o niczym nie znaczy..."

Rysunek Andezeja Mleczki

Cała Polska może już solidarnie odetchnąć. Wybory 2011 dobiegły końca. Ulice zostaną sprzątnięte z kampanijnych plakatów, ulotek, bilbordów, a społeczeństwo, choć już nieprzytulane przez polityka, nieotarte przezeń z łez, nienakarmione, poczuje ulgę, jak po wyjściu z naszego domu nudnych gości. Wielu mając poczucie emocjonalnego zgwałcenia, wróci do rzeczywistości pozbawionej nadziei...

Trudno mówić o wspólnych emocjach wywołanych samymi wynikami. Jedni bowiem, uniwersalnym, krótkim, pięcioliterowym słowem (tak polskim, że wypowiadane, wydaje się mieć na przemian czerwono-białe litery, a pasującym zarazem do każdego negatywnego, pozytywnego, obojętnego, normalnego, anormalnego, zaskakującego, przewidywalnego- zjawiska) wyrazili głośno swoją reakcję, okraszając to grymasem charakterystycznym dla surowego recenzenta. Reszta, (bardziej subtelna w dobieraniu słownictwa) sceptycznie komentowała: "była bida, jest bida i bedzie (sic!) bida". Kolejna grupa (tych najmocniej zaangażowanych politycznie) z potem na czole, z zaciśniętymi kciukami kibicowała "swoim", tak jakby od tego miało zależeć czy się jutro obudzą...

Ale czy przecieraliśmy oczy ze zdziwienia? Raczej nie. Jeśli jedyną opcją, mogącą wygrać z partią Donalda Tuska, była sekta lubująca się w emocjonalnym przekazie (który dla wielu Polaków jest zbyt czytelny i lawirujący na granicy moralności) to zwycięzca wydawał się mało zaskakujący. Frekwencja? Nie od dziś wiemy, że połowa z nas, ma los kraju w głębokim poważaniu, ewentualnie stoi wysoko ponad tym wszystkim, patrzy na Państwo z góry i nie zamierza schylać się do urny - bo szkoda zachodu, czasu i kręgosłupa. Co mogło zdziwić? Fatalny wynik lewicy (a przecież Pan Grzesiek się tak starał!) i zaskakujące duże poparcie dla Janusza Palikota. Utwierdziliśmy się bowiem w przekonaniu, ilu mamy przebieranych katolików - i to w kraju Karola Wojtyły! Błogosławionego Jana Pawła II! Ileż to zepsucia w narodzie, ileż zachodniego (już nawet nieperfumowanego) szamba! 10% głosujących?! 10% lewactwa, pedalstwa i masonerii?!  Dokąd zmierzasz Polsko?!

Jeśli Drogi Czytelniku masz wrażenie, że powyższe znaki są jakieś wilgotne od sarkazmu, to masz rację. Bo myślę, że jeśli nawet Pan Janusz wprowadził kilku clownów, cyrkowców, (którzy zresztą i tak już bardziej nie zhańbią urzędu Posła, niż zrobili to ich poprzednicy) to mam poczucie satysfakcji, że idea samego Sejmu RP zostanie dopełniona - mam tu na myśli pluralizm i otwarcie dyskusji na większą liczbę frontów. Scena polityczna nie będzie zdominowana przez prawicę, lekko sfeminizowana, a jak będzie wyglądało to wszystko w praktyce - zobaczymy. Jeśli swojego czasu Andrzej Lepper wprowadził do Sejmu swoich kolegów, dlaczego nie mógłby tego zrobić Pan Janusz? Zwłaszcza, że konkretów więcej, populizmu mniej, a i program momentami "trzeźwy".

Mamy sportowców, aktorów, tych znających się na wszystkim (np. Pan Tomaszewski), kilku katolickich talibów, lewicowych ultra liberałów, kilkudziesięciu inteligentów, kilkudziesięciu ludzi mających inne zalety i... AGENTA TOMKA - co by nikt się bezpieczny nie czuł!

Fakt faktem PO wygrało. Czekają nas więc kolejne 4 lata tej samej nudnej stabilności koalicyjnej. Znowu Pan Waldemar się nie wychyli, Pan Donald spróbuje się ludowcom bardzo nie narażać i jakoś to będzie. Jak coś nie wyjdzie to się przeprosi i powie, że za PiS-u byłoby gorzej. Oby nam tylko Polski całej nie wyprzedali i niemieckiego nie uczyli! AMEN!

PS. Jeden z najznamienitszych polskich jasnowidzów, przed samymi wyborami przewidział katastrofę - wg niego kraj nasz upaść zamierza na przełomie października i listopada - a tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Miej więc litość Platformo!
        
PS 2. Panie Jarosławie. Polska Pana potrzebuje! Niech Pan nie rezygnuje!
- to tak, żeby mógł się Pan na coś powołać, gdy zarzucą Panu niekonsekwencję w związku z obietnicą ustąpienia ze stanowiska Prezesa partii...

poniedziałek, 12 lipca 2010

"Uśmiechy i kreacje, dużo fałszu i pozorów, karmią wyobraźnie ludzi sprzed telewizorów"

Rysunek Andrzeja Mleczki

Można odetchnąć z ulgą…koniec kampanii prezydenckiej. Instytuty Badań Opinii Publicznych niejako zrehabilitowały się w kontekście wyników II tury. No i jaki by ten zwycięzca nie był - mamy Prezydenta. Odpoczniemy od obietnic, które w końcowej fazie kampanii brzmiały już nieprzyzwoicie, a kandydaci pozapominali i o swoich ewentualnych przywilejach i o możliwości budżetowych Państwa, lub po prostu kierowali się dewizą Pana Jacka Kurskiego – „ciemny lud to kupi”.

Choć sama kampania była w tym roku dość specyficzna i krótka, potrafiła szybko zmęczyć – wbrew pozorom nie samych startujących, a wyborców. Stacje telewizyjne nie nadążały z transmisją kolejnych wieców wyborczych. A końcowa faza wymagała wyciągnięcia cięższych dział. Bo przekroczeniem pewnych granic można nazwać odwiedziny jednego z kandydatów u rodziny Blidów, z drugiej strony przypominanie o tragedii pod Smoleńskiem i „granie” służbą zdrowia. Fakt, mogło być gorzej – dlatego należy pocieszać się tym, że to co nazywamy polityką jeszcze nie do końca się zepsuło. Jakiś niesmak jednak jest. Przykre jest to jak bardzo podzielony jest Naród. Otóż w Państwie, gdzie około połowa społeczeństwa, uważa, że głosować nie należy – „bo to nic nie zmieni” jednocześnie uważając słowa „polityk” – „złodziej” za synonimy, są grupy osób „kipiące” z nienawiści do osób mających inne poglądy polityczne. Tu oprócz dużego wpływu mediów i programów takich jak „Solidarni2010” duży wpływ na nasze nastawienie mają właśnie słowa samych polityków. W momencie, gdy Pan Kaczyński apeluje o wyjaśnienie „katastrofy pod Smoleńskiem” używając określeń: „polegli”, „moralna odpowiedzialność” sugeruje, że o wypadku nie ma mowy, a raczej zaplanowanej „akcji”, politycy i sympatycy PiSu sugerują/ewentualnie mówią wprost o odpowiedzialności za całe zdarzenie premiera Tuska. Nie musieliśmy długo czekać na transparenty: „Katyń – 1940 i 2010”, gdzie najmniejszym błędem hasła jest złe zidentyfikowania miejsca katastrofy z 10. kwietnia, a próba porównania tych dwóch zdarzeń. „POlityczny mord” – co wydaje się przekroczeniem wszelkich granic nie tylko przyzwoitości, a racjonalnego myślenia.

Następnie słyszymy odpowiedź z drugiej strony tzw. „parlamentarzysty” Pana Palikota, który łaskaw jest mówić o „krwi na rękach Lecha Kaczyńskiego” i choć w tym przypadku pojawia się krótkie wyjaśnienie tezy- pozostaje jedno wielkie poczucie zażenowania, że dyskusja na temat „Smoleńska” zeszła do tego poziomu. Czego można spodziewać się po Panach: Niesiołowskim, Palikocie,  Brudzińskim, Kurskim powoli wiemy. Zaskakujące są jednak wypowiedzi takich polityków jak Pani Kluzik – Rostkowska o tym, że gdyby Pan Tusk zaprosił ówczesnego Prezydenta do samolotu nie byłoby tragedii. Roztrząsanie tego nie tyle nie wnosi nic do samego wyjaśnienia katastrofy ale przerzuca debatę na najgorszy z możliwych torów. Tym bardziej, iż sama Pani Joanna dobrze pamięta o tym, że do Rosji przez premiera Putina zaproszony był Premier Polskiego Rządu, więc wspólna podróż tym samym samolotem Premiera i Prezydenta RP nie byłaby w zgodzie protokołem dyplomatycznym (pomijając sam pomysł podróży jednym samolotem Premiera i Prezydenta). Niestety tego typu wypowiedzi kierowane są do nas, do wyborców, by coś "ugrać".

Przykre jest, że "granie tragedią z 10kwietnia" tak łatwo wchłania się w świadomość „ludu”. Dlatego jedni uważają, że Lech Kaczyński wywarł nacisk na pilotach, a drudzy, że to wszystko to skrzętnie przygotowany plan przez partię rządzącą i wschodnich sąsiadów. I tak to we wszystkim tym coraz mniej rozwagi, zdrowego rozsądku i poczucia dobrego smaku. Epatowanie łzami, żałobą i cierpieniem wydaje się również nie do końca „czystą grą”. Sam Pałac Prezydencki stał się miejscem uczczeniem tragicznie (nie męczeńsko!) zmarłego Prezydenta, a niestety nikomu nie wypada zasygnalizowanie, że nie jest to miejsce odpowiednie. Fotele poselskie posłów PiSu przykryte kwiatami dłużej niż fotele zmarłych posłów z innych partii. Wszystko to ma coraz mniej do czynienia z głębokim, duchowym poczuciem smutku żalu i modlitwy, a coraz więcej z czymś najpłytszym, nie mającego najmniejszego związku z przestrzenią duchową.

Pozostało wierzyć w resztki rozsądku tych którzy uważają, że  jedyną szansą na odzyskanie władzy jest straszenie ludzi Polską niesuwerenną, jak i tych, którzy uważają, że mając pełną władzę ustawodawczą i wykonawczą mogą czuć się "swobodniej"...


wtorek, 29 czerwca 2010

"...eskapizm to pułapka"

Rysunek Andrzeja Mleczki

Od czasów podania wyników I tury wyborów prezydenckich, społeczeństwo w jakimś stopniu może czuć się osamotnione, zostawione same sobie. Żyje w nieświadomości bez większych nadziei na uświadomienie. Wszelkie Instytuty Badań Opinii Publicznych (miejmy nadzieję – chwilowo) zawiesiły swoją działalność. Pozostało czekać, aż do II tury. W tych trudnych dla nas chwilach musimy radzić sobie sami, wspierać się wzajemnie, częściej spędzać czas w gronie rodziny, rozmawiać i bardziej uważać na swoje zdrowie. To co jeszcze nie tak dawno trudno było sobie wyobrazić – (gazety bez słupków poparcia, „Wiadomości”/ „Fakty”/ „Wydarzenia” bez aktualnych sondaży) - dziś stało się przerażającą rzeczywistością. Zostaliśmy w swój swoisty sposób „osieroceni”. Czas stawić czoła tej trudnej sytuacji i samemu wyciągać wnioski z debat, wieców, czy wszelkiego rodzaju wystąpień naszych „fighterów”.       
      
Gdy mowa o wszelkich sondażach od razu przychodzą na myśl słowa polityków - tych poszkodowanych przez te sondaże najbardziej. Bo oczywistą oczywistością jest (że posłużę się słowami wieszcza), iż Pan Ziętek i Pan Morawiecki z łatwością włączyliby się w walkę o zwycięstwo z głównymi kandydatami na Urząd Prezydenta gdyby nie zakłamane, mafijne sondaże dające im (o dziwo więcej niż mieli w rzeczywistości).

Jest jednak polityk- „ex-kandydat”, który idzie o krok dalej. A mianowicie Janusz Korwin - Mikke. Notabene „aktywista” o którym można pisać z zapartym tchem. Pan znany szerokiej rzeszy (zwłaszcza tej internetowej) jako JKM - planuje podać do sądu sondażownię „Homo Homini” oświadczając ze znanym sobie wdziękiem i elegancją, iż „…to są po prostu oszuści, (…) ludzie, którzy powinni siedzieć w więzieniu…”.  Na szczęście Pan JKM ma swoje sondaże, w których naturalnie wygrywa (choć dziwić może, konieczność przeprowadzania II tury – która w efekcie byłaby jedynie formalnością). W dodatku mój „blogowy sąsiad” nie tak dawno opublikował wyniki „Szkolnych Wyborów Prezydenckich”, w których z wynikiem 34% plasuje się na I miejscu.. Podsumowując z rozbrajającą szczerością: „Za 10 lat Polska będzie nasza!” Hm… Wasza tak?  

PS. [Pisząc cokolwiek z przymrużeniem oka, nie oznacza, że nie zdaję sobie sprawy z rzeczywistej siły „sondażowych słupków poparcia” i ich wpływie na kształtowanie poglądów.]

środa, 23 czerwca 2010

Polska jest najważniejsza(?)

Rysunek Andrzeja Mleczki (powaga sytuacji wymaga odejścia od konwencji czarno-białej grafiki)

No i mamy wyniki pierwszej tury, które chyba bardziej zaskoczyły ośrodki badań publicznych niż nas samych. Można byłoby się przy okazji zastanawiać, dlaczego telefoniczna ankieta mająca na celu oszacowanie ewentualnych wyników sprawdza się wszędzie tylko nie u nas. Dość często znęcam się nad specyfiką naszego społeczeństwa więc przynajmniej w tym temacie sobie odpuszczę. Tym bardziej, że jest coś co interesuje nas bardziej, a mianowicie ostateczny wynik wyborów.

Podium nie dziwi. Pan Komorowski, który na przestrzeni kilku ostatnich tygodni tylko tracił i tak może być zadowolony, że jednak „zapracował” na najwyższy słupek.

Pan Kaczyński – i tu wynik zmusza do głębszej refleksji nie tylko nad samym kandydatem ale nad społeczeństwem. Bo tak absurdalnie wysoki wynik dla polityka, który rzekomo jest NOWY – inny (którego trzeba poznawać na nowo), bo to nie jest już ten Jarosław Kaczyński, którego znaliśmy do tej pory z ostrego języka, lubującego się we wszelkich konfliktach, szukającego układu, jedynego uczciwego, zarazem tego, który w dojściu do władzy nie unika kłamstw, pomówień, wykorzystywaniem wszystkiego i wszystkich, jest zaskakujący. Społeczeństwo potrzebowało kilku tygodni, by pokochać tego nowego, najpierw wyważonego, wspominającego śmierć brata, chorobę matki, dziękującego Rosjanom – tym samym, których jeszcze nie tak dawno nazywał wielkim niebezpieczeństwem zaraz po UE dla suwerenności Polski, by potem stawiać się w świetle, tego jedynego słusznego na te trudne czasy – tej trudności do końca nikt jeszcze nie potrafi racjonalnie wytłumaczyć ale o. Tadeusz Rydzyk w jednej z ostatnich audycji przestrzegł swoich słuchaczy, iż Naród znalazł się w gorszej sytuacji niż w XVIII w. co może nie tyle dziwić, co zmuszać do postawienia pytań. Kto chce nas „rozebrać”? Kto chce odebrać nam niepodległość czy może, kto szykuje coś gorszego od utraty państwowości. O. Tadeusz w stylu J. Kaczyńskiego nie kończy…on tylko nakreśla problem i każe się bać.! "Jest układ…jest źle…albo nawet jeszcze gorzej…nie mogę powiedzieć co się dzieje bo to może pogorszyć sprawę... proszę zaufać-  nie jest dobrze” można w ramach uspokojenia Narodu dodać: „My stoimy tam gdzie staliśmy, oni tam gdzie stało ZOMO” kto? Dlaczego? To nie jest dane nam wiedzieć. To ma wiedzieć nasz wódz, który będzie mógł nas należycie poprowadzić, ratując od wszelkich szatanów. J. Kaczyński dziś chce być tym dobrym i owszem udaje mu się jest dobry jest nawet lepszy niż był – jednak w tym co nazywamy manipulacją. Można by rzec, że opanował ją do perfekcji. A mianowicie nakreślenie „jakiegoś” (w tym przypadku jest to najodpowiedniejsze słowo) zagrożenia wzbudza strach, niekiedy panikę – co jest podstawowym celem manipulatora – i po tym już można lecieć dalej. Kontakt bezpośredni z wyborcami – tu Pan Kaczyński poświęca się bez reszty korzystając z wszelkich środków transportu: WIEC to najlepsze określenie tego co widzimy gdy już zacny kandydat partii o wdzięcznej nazwie: „Prawo i Sprawiedliwość” przyjdzie. Okrzyki „Jarek, Jarek”, „Zwyciężymy” nie rażą tak jak chóralne odśpiewywanie hymnu – „Bo przecież tylko tam jest wtedy Polska”. Publiczność – są wszyscy – od tych najmłodszych, aż do tych najstarszych (a o tych nie trudno na tego typu wiecach) co sprawia wrażenie, że będzie to prezydent WSZYSTKICH. Fakt, że ilość filmów dokumentalnych z czasów słusznie minionych, które miałem okazję widzieć, może powodować dość radykalne skojarzenia ale chcąc nie chcąc podobieństw można się kilka doszukać. Choć mamy dodatkowe punkty programu: otóż gdy wódz się spóźnia – działacze PiSu „umilają” czas zgromadzony poprzez śpiew, spontaniczny żart. By w końcu ujrzeć JEGO. Pan J. Kaczyński początek swojego przemówienia ma zawsze „utrudniany” spontanicznymi okrzykami, brawami, omdleniami tych bardziej wrażliwych. Ale przemawia. Przemawia spokojnie – nie daje nam sobie przypomnieć tego „starego” Jarka. Mówi zdecydowanie jak zawsze, decydując się momentami na żart, ewentualnie przytyk do głównego kontrkandydata – który publiczności podoba się najbardziej – wtem brawa stają się jeszcze głośniejsze, śmiech i ogólne zadowolenie jest wszechobecne. Niestety w ostatnim czasie, przez chwilę wódz zapomniał, o swoim przeistoczeniu i wysunął cięższe działa (i zapachniało starym dobrym Jarkiem): "Sprawa służby zdrowia, prywatna, sprywatyzowana - tak jak to chce mój główny polityczny konkurent - czy też publiczna; dla niektórych, zależna od portfela, czy dla wszystkich"
I ta pozytywna kampania przestaje przez chwile być już taka pozytywna –zaczynają się sprawy sądowe -  w dodatku przegrane przez prezesa. Ale to nic…"nikt nam nie wmówi, że białe jest białe...". Jak to na dobrego manipulatora przystało – populizm ważnym narzędziem jest! Nieważne czy operuje się faktami czy nie – ważne żeby mówić źle o NICH a jak najlepiej o SOBIE. Tak jak stary Jarek tak i koalicja z Samoobroną, LPR, destabilizacja państwa, policja partyjna zwana ładnie CBA, haki, białe miasteczka, protesty nauczycieli, traktowanie ludzi z góry i stek kłamstw ma pójść w niepamięć, tak należy pamiętać, że to rządy 2005-2007 były najlepszymi rządami i proszę o argumenty nie prosić- bo to oczywistą oczywistością jest! I mamy 36,5 %poparcia! Cytując klasyka: „Proszę przyjąć wyrazy mojego najgorszego współczucia”

środa, 30 grudnia 2009

JP na 100%, czy może tylko 50%?

Rysunek Andrzeja Mleczki

Jesteśmy szczęściarzami...Ciężki czas związany ze żmudną walką o wolność słowa został należycie wynagrodzony. Mamy to o co walczyliśmy! (mówię o ogóle społeczeństwa stąd ta pierwsza osoba- bo ja do podstaw kształtowania demokracji niewiele się przysłużyłem. Wykazując się zresztą niebywałym sprytem i przewidywalnością wydarzeń – przyszedłem  na świat w 87’ i 2 lata podchodziłem  do sprawy z daleko-rozumianym dystansem)…Chociaż jakby się dłużej zastanowić to (płacząc, wiercąc się w łóżeczku, gryząc klocki, robiąc „kwaśne” miny, wymachując rękami)  miałem podobny udział w strajkach, protestach i utrudnianiu działań tamtejszym władzom co niemała część dzisiejszych polskich posłów dumnie wypinając pierś, wspominając swoją „rzekomą” opozycyjną działalność. No ale nie o tym…

I jak już nam się udało to korzystamy… i to…uuu…tak nadto, jakbyśmy chcieli sobie „odbić” za stracone lata. Bo otóż jesteśmy świadkami ciekawego zachowania, które powinno być teoretycznie obce dla istot rozumnych- a mianowicie powtarzanie haseł, których często nie bardzo rozumiemy- bo z takim z zjawiskiem, możemy spotkać się również w świecie zwierząt. A że lubimy skróty to korzystamy z nich coraz częściej, bo dają nam komfort nierozpisywania się jednocześnie głosząc światu swój (choć niestety częściej nieswój) pogląd na jakiś ważki temat, dają leniwemu czytelnikowi komfort szybkiego przeczytania przesłania (jeśli mowa o tekście. O analogii w hasłach mówionych nie będę pisał), a co najważniejsze traktujemy to jako tajny szyfr, który zrozumiały jest tylko przez elitarną grupę- jednocześnie czujemy się członkami tego „szacownego grona”, co powoduje jeszcze większe podekscytowanie całą tą niesamowitą sytuacją. Gdy już duma czy też uczucie ekscytacji z nas opadnie po napisaniu hasła CHWDP czy też później HWDP- hasło najprawdopodobniej przekształcone przez grupy „intelektualistów” wysoko ceniących sobie ortografię to warto byłoby: 1) przeczytać 2) rozwinąć ten skrót i 3) zastanowić, się co tak dokładnie on znaczy i zdecydować czy rzeczywiście się z nim zgadzamy. Zakładając, że po drugim procesie będzie jakaś reprezentatywna grupa, która będzie mogła przejść do procesu nr 3., dość złowieszczo kojarzącym się  z pojęciem „myślenie” powstrzymałaby kolejne fale rozprzestrzeniające złote hasła typu „JP na 100 procent”.

To, że szacunek do funkcjonariuszy policji okazuje niewiele społeczeństwa nie uprawnia go do publicznego wyrażania chęci odbycia z nimi stosunku płciowego, czy też promowania anarchii  w pełnym tego słowa znaczeniu. Optymizmem mogą napawać przekształcenia typu: „JP na 50%” -wskazuje to już na hasło "skażone" myślą i interpretacją tego pierwotnego. To cieszy. Bo może piszą to ci, którzy mimo tego, że zdają sobie sprawę z absurdu, polegającym na opieszałości policji w sprawach kradzieży, gwałtów, pobić, spieszą się do ukarania potencjalnych przestępców, stojących z piwem w "miejscu publicznym" - (i to też tylko w momencie gdy grupa nie przeraża funkcjonariuszy swoją liczebnością) zdają sobie sprawę, że to właśnie do POLICJI wcześniej czy później zgłoszą się o pomoc w momencie odczucia jakiejkolwiek krzywdy i zaczną wątpić w argument powyższych haseł, iż tylko Bóg może sądzić.