Od tygodni miodna kraina, Polską zwana, została po raz kolejny czarną
peleryną belzebuba przykryta. Nie za sprawą szatańskich poczynań Hello Kitty,
czy działań Janusza Palikota, ale pojęcia, które większość z nas poznało
stosunkowo niedawno, a mianowicie - GENDER.
Ten obco brzmiący termin czytany przez hierarchów Kościoła w sposób
różny: /dżender/, /gendżer/ (by fonetycznie sugerować konotacje eugeniczne), aż
wreszcie /dendżer/ (co chyba najbardziej na niebezpieczeństwo wskazuje) pojawia
się już wszędzie, w prasie, radiu, telewizji, internecie... a zwłaszcza w
kościele. To chyba najwyższy czas, by na blogu nonkonformisty owe plugastwo
zawidniało.
O ile samo pojęcie zna już każdy, o tyle sformułowanie odpowiedniej
definicji, pod którą z czystym sumieniem podpisałyby się wszystkie ideologiczne
frakcje, wydaje się trudniejsze niż udowodnienie, że Anton LaVey w głębi duszy
był wierzącym chrześcijaninem. Pozostaje więc podpisać się pod jedną z
dotychczas obowiązujących definicji lub... napisać własną. Co zapewne mało
zaskakujące - nonkonformista wybiera własną i broni jej z taką samą zawziętością
jak prawica twierdząc, że jest to marksistowska ideologia niszcząca rodzinę,
wypaczająca zdrowe wyobrażenie na temat płci, powodująca chaos w młodych
umysłach, chwiejąca ich świadomością płciową, czy też lewica uważająca, iż to
szansa na doprowadzenie do realnej równości płci,
"odstereotypizowania" i ostatecznego równouprawnienia.
Etymologia terminu GENDER mylnie kojarzona jest z łacińskim słowem genus, a
już na pewno trudno doszukiwać się w nim związku z angielskim podobnie
brzmiącym słowem gender. By należycie skrupulatnie dotrzeć do genezy
owego terminu, należy cofnąć się do czasów, w którym ludzie odkryli, że
werbalna forma komunikacji może okazać się przełomowa w codziennym
funkcjonowaniu, dochodząc do wniosku, że nie wszystko da się w odpowiedni
sposób przekazać gestami - co bez wątpienia potwierdzić może Thamsanqa Jantjies.
Wówczas, kiedy tylko nie wiedziano, jak nazwać coś obrzydliwego, ohydnego i
odrażającego - mówiono po prostu /dżender/. Nie brakuje wiarygodnych plotek, że
ponoć Adam z Ewą w ten właśnie sposób, po kryjomu, nazywali rajskiego węża -
tak, by ten oczywiście tego nie usłyszał. Po latach ewolucji języków,
internacjonalne słowo stało się słowem zakazanym i przeklętym - tym chętniej
zaczerpnięte zostało przez środowiska satanistyczne. Sześć liter, sześć głosek
i co najmroczniejsze - sześć głosek w trakcie czytania słowa od tyłu, było
wystarczająco wymowne. Atrakcyjność słowa pod względem łatwego wyłonienia z
niej symbolicznej liczy 666 nie pozostawiała środowiskom żadnych złudzeń. Mało
skomplikowany rebus polegający na zamianie G na S, E na Z, N na A, D na T, E na
A, R na N potwierdził jedynie skąd owe słowo się tak naprawdę wywodzi. W ten
właśnie sposób /dżender/zostało przywłaszczone przez siły zła, do momentu, gdy
nie zaczęto używać go jako swoistego zaklęcia sprowadzającego niezliczone
nieszczęścia. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że /dżender/ miał wpływ na całe
zło, które nas spotkało. Wszelkie konflikty zbrojne, zabójstwo JFK, Atak na
WTC, wojna domowa w Syrii, żywioły, katastrofy, pedofilia, aborcja, eutanazja,
Justin Bieber. Wszystko, co osłabiło nas demograficznie, cywilizacyjnie,
intelektualnie, czy kulturowo. Wykluczam jedynie Smoleńsk - tam był
trotyl.
Bogota, choć z pewnością nie do końca chlubna geneza terminu gender nie
może przecież oznaczać dziś nic lepszego. Dalej niszczy nas od zewnątrz jak i
od środka. Nie niszczy jedynie rodziny (co wydaje się być oczywiste), ale
niszczy również Kościół.
/Dendżer/ stoi przede wszystkim w całkowitej opozycji do słów z listu
do Efezjan: "Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo
mąż jest głową żony, jak i Chrystus - Głową Kościoła" - kwintesencji
patriarchalnego charakteru wiary chrześcijańskiej. W tym właśnie momencie
należy spojrzeć na problem z największą powagą. Maskulinizacyjny trend Kościoła
Katolickiego w dzisiejszym nowoczesnym społeczeństwie może razić, ale cóż, taka
tradycja. Ewa "powstała" z żebra, Jezus wybrał 12 apostołów, żadnej
apostołki, cała hierarchia kościoła kipi od testosteronu, a kobietę można
spotkać jedynie w kuchni na plebanii. Podnosząc rangę jej funkcji przypuśćmy,
że lud proboszczom bez spasłych brzuchów jakoś nie ufa. Ta specyficzna forma
dominacji jednej płci w KK, która obca jest nawet jednostkom wojskowym, staje
dziś do walki. Otrzepuje się z kurzu po ostatnich pedofilskich wybrykach,
podnosi głowę i chce walki, walki o prawdziwą rodzinę. Jakim orężem? Ano
tradycyjnie, patologicznymi, skrajnymi przykładami. Definicja Gender wg KK jest
bowiem prosta: "gender bracia i siostry, to tłumaczenie dzieciom, by same
wybierały płeć, poprzez zakładanie chłopcom sukienek i obserwację, czy aby na
pewno czują się w nich nieswojo". Ta definicja niestety wielu wydaje się
wystarczać.
Jakiej powagi i rzeczowej dyskusji możemy oczekiwać, gdy po drugiej
stronie feminizm ma twarz Katarzyny Bratkowskiej...




