niedziela, 10 marca 2013

"Pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy..."


"Lepiej jest nie odzywać się wcale i wydać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości" - ta ponadczasowa i uniwersalna sentencja Marka Twaina jest niestety przez wielu z nas traktowana z lekkim przymrużeniem oka. Myśl "nie znam się tym bardziej się wypowiem" jakoś do nas bardziej przemawia, wydaje nam się jakaś bardziej swojska.

Tym oto sposobem, przez całe swoje życie wypowiadamy wiele bzdur, mówimy coś, co zaraz po wydobyciu się z naszych ust wydaje nam się żenujące i najchętniej cofnęlibyśmy czas, by mieć możliwość zamilknięcia. Nie posiadając żadnych supermocy możemy pocieszać się jedynie faktem, że ogólnie rzecz biorąc słyszała nas jakaś garstka. Co jeśli jesteśmy osobą publiczną? Wypowiadamy się przed kamerą i słyszy nas cała Polska, a nasze słowa parafrazowane są przez cały Świat? Gdzie szukać pocieszenia? Jest trudno... ale sposoby są. Przede wszystkim w na tyle zaawansowanych zdolnościach retoryczno - psychomanipulacyjnych, by móc przekonać samego siebie, że to co się chlapnęło, to w sumie mądre było.

Tylko w przeciągu ostatnich dni mieliśmy do czynienia z kilkoma delikatnie rzecz ujmując "niefortunnymi" wypowiedziami, które odbiły się szerokim echem w naszych mediach.

1. Lech Wałęsa (co by z szacunkiem od naszego Prezydenta zacząć) i jego refleksja na temat udziału posłów homoseksualistów w życiu politycznym. Gdyby Pani Danuta wcześniej wiedziała o stosunku swojego męża (demokraty) do prawa mniejszości, mogłaby odmówić mu prawa głosu w domu, bowiem ci z wąsem byli w domu Wałęsów jakimś marginesem jedynie. Zakładając - gdyby wiedziała oczywiście - bo jak wiadomo z bestsellerowej książki "Marzenia i Tajemnice" Pani Danuta o poglądach i decyzjach swojego męża pierwsza się nie dowiadywała... Taki "nowoczesny" model rodziny, w którym jakakolwiek wiedza i świadomość kobiety kończy się gdzieś w okolicach progu drzwi do kuchni.

2. Ksiądz (profesor!) Franciszek Longchamps de Bérier i jego śmiała teza, że są tacy lekarze, którzy po pierwszym spojrzeniu na twarz dziecka wiedzą już, że zostało poczęte metodą in vitro, bo ma dotykową bruzdę, która jest charakterystyczna dla pewnego zespołu wad genetycznych. Ja poszedłbym zatem o krok dalej i postawił jeszcze śmielszą tezę: są tacy lekarze, którzy po usłyszeniu wyżej wymienionych słów zdecydowaliby się bez zbędnych badań na bezzwłoczne leczenie księdza - ...profesora de facto.

3. Posłanka Pawłowicz (kolejne nazwisko, przy którym stawia się wątpliwy tytuł profesorski) i jej pytanie skierowane do Ministra Zdrowia, czy ministerstwo prowadzi  działania, które wspierają osoby "chcące wyjść z problemu homoseksualizmu". Pocieszenie dla Pani Pawłowicz? Pani poseł... trudno... bywało gorzej... i to w dodatku z mównicy sejmowej.

4. Poseł Stefan Niesiołowski, który raczył zdeprecjonować wagę problemu ubóstwa i głodu w Polsce podając za przykład rosnący "bezpański" szczaw, który za czasów jego "młodości" cieszył się popularnością i był jedzony z apetytem. Dziś obecność nieruszonych na drzewach owoców świadczy według niego o bogactwie i dobrobycie w POlskim Królestwie. Idąc zatem tym tokiem rozumowania, jesteśmy wielkimi niewdzięcznikami narzekając na płace, bo kiedyś nie było systemu monetarnego to i pieniężnego wynagrodzenia się nie dostawało. Nie ma co narzekać na to, że po ulicach naszego Królestwa jeżdżą 20- letnie Volkswageny, bo kiedyś to konno się przemieszczano! Służba zdrowia marna? Kiedyś nie było szpitali i jakoś sobie ludzie radzili! I można byłoby tak długo wymieniać. Reasumując więc, pytania "Premierze jak żyć?" są nie na miejscu... Faux pas chociażby w stosunku do Żydów z czasów holokaustu.

Całej czwórce pozostaje mi więc życzyć jednego. Jeśli kiedykolwiek przemknie wam przez myśl, że istnieje szansa, cień szansy chociaż, by zamilknąć, nie odezwać się ani słowem, powstrzymać się od komentarza...

...proszę ją wykorzystać, wierzę, że się uda, a cała Polska będzie trzymać kciuki!


czwartek, 21 lutego 2013

Katarzyna W. SUPERSTAR



 Po roku nadawania mrożących krew w żyłach trailerów doczekaliśmy się pierwszego odcinka serialu - telenoweli innej niż wszystkie. Nie tylko ze względu na oryginalną fabułę, nie tylko ze względu na długi czas emisji samych zapowiedzi czy też powstawanie scenariusza na naszych oczach, ale zwłaszcza ze względu na to, że prawo do jej emisji mają wszyscy. Owa opera mydlana stała się medialną prostytutką i może ocierać się o nią i dotykać każdy. Media z obleśnym uśmiechem na twarzy traktują ją jak własność z cichą nadzieją, że nigdy się nie zestarzeje, nie odmówi i broń Boże się nie przebranżowi.

Rzadko bywa tak, by same trailery przyciągały zainteresowanie do tego stopnia, jeszcze rzadziej bywa, by termin emisji wydawał się tak niepewny z powodu ciągłego ewoluowania scenariusza. Na początku podejrzewaliśmy, że doczekamy się serialu pt. "Porwanie", po kilku tygodniach okazało się jednak, że będzie to serial dotyczący nieszczęśliwego wypadku w łazience, następnie szykowaliśmy się na film o polskim Sharlocku Holmesie, który jest w stanie wyjaśnić wszystko, a najcięższe zagadki rozwikłać potrafi za pomocą dwóch rekwizytów - koca i plastikowej lalki imitującej dziecko. Wszystko w efekcie dezaktualizowało się na tyle, że wcześniejsze trailery i scenariusze można włożyć między bajki...

Niewątpliwie jednak same zapowiedzi przyćmiły najważniejsze wydarzenia w kraju, całkowicie zdominowały media, a sama Katarzyna W. stała się celebrytką z dużą szansą na stanie się w przyszłości bohaterką telewizyjnych show (w stylu "Taniec z gwiazdami"). Nie trudno przewidzieć, że jej obecność przyciągałaby miliony widzów przed telewizory i to bez względu na społeczny odbiór samej "Pani Kasi". Gdyby właśnie nie ten drobny szczegół dotyczący negatywnego wizerunku, jej wartość reklamowa wynikająca z rozpoznawalności zawstydziłaby "najdroższych" na naszym rynku. No gdyby nie ten szczegół kurczę, bo tak trudno wyobrazić sobie sytuację, w której udział Katarzyny W. w reklamie dziecięcych kocyków czy leków dla najmłodszych miałby gwarantować sukces firmom decydujących się na tego typu promocję. Mało kto zaufałby również płatkom opakowanym w pudełku ze zdjęciem uśmiechniętej Pani Katarzyny z wyciągniętym przez nią kciukiem ku górze i hasłem "tymi płatkami Twoje dziecko na pewno się nie zakrztusi!".

No ale jakby nie było, status swojego rodzaju "celebrity" został zdobyty. Media nie czuły zażenowania organizując podejrzanej o morderstwo sesje w bikini na koniu (swoją drogą poziom abstrakcji nieosiągnięty nawet przez najwybitniejszych malarzy surrealizmu), co mogło być następne? Katarzyna w stroju wielkiego kurczaka na stoku narciarskim? w stroju zakonnicy na... nieważne gdzie... granica abstrakcji byłaby już z powodzeniem przekroczona. Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że potencjał celebrytki nie do końca został przez media wykorzystany... na szczęście.
           
Po całym szumie związanym z zapowiedziami nadszedł czas emisji pierwszego odcinka. Nadzieja całej Polski na jawny proces transmitowany przez wszystkie stacje telewizyjne, relacje radiową, internetową zakończyła się wielkim rozczarowaniem, swoistym kotem ZONKiem wręczonym nam przez naszą "milusińską" (i to z szyderczym uśmiechem),  która wnioskowała o wyłączenia jawności uzasadniając, że "chce uchronić rodzinę przed tym, czego PONIEKĄD (!) jest przyczyną". Tak - P O N I E K Ą D. Tak jak Adolf Hitler stał się PONIEKĄD przyczyną II WŚ. Zapłodnienie staje się PONIEKĄD przyczyną ciąży, a śmierć staje się PONIEKĄD przyczyną zgonu.
           
Ku niezadowoleniu mediów i znacznej części społeczeństwa skończy się jedynie na relacjach i doniesieniach, a nie transmisji "na żywo". W TVN 24 będziemy musieli się ograniczyć do słuchania grup eksperckich na temat przebiegu procesu, wypowiedzi psychologów niemających kontaktu z Katarzyną W., a potrafiących przedstawić nam dokładny zarys psychologiczny jej osobowości i oczywiście rejestracji obrazu z "Błękitnego 24" krążącego nad sądem (co wydaje mi się chyba najbardziej absurdalne, bowiem więcej korzyści wynikałoby z krążenia TVN-owego helikoptera nad polskimi wsiami w celu odstraszania ziemniaczanych stonek - o ile nie zostałby zestrzelony przez mieszkańców wsi z obawy, że masońsko-syjonistyczna grupa agentów z TVN jakiś nalot szykuje...)

Serial, choć w zubożonej formule będzie głośny i niejednokrotnie przyćmi jeszcze niejedno wydarzenie w Polsce. Kolejny odcinek zaplanowany na 4 marca - nie jest to więc dobry termin na konferencje prasowe partii politycznych, nieudolne promowanie przez PiS prof. Glińskiego czy na cokolwiek, co w swoim zamyśle ma nadzieję na zaistnienie w mediach.

Miejmy przy tym zaufanie do Watykanu, że wie o "naszym serialu" i terminu wyboru nowego papieża nie ustali w dzień procesu Katarzyny W. ...

... bo wzniosłe "Habemus papam" usłyszymy  dopiero w retransmisji nazajutrz.