Wpis sprzedany za dwie butelki wina
"Kiedy wszyscy wokół Ciebie równiuteńko idą, Przyjacielu Ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość"
piątek, 28 lutego 2014
wtorek, 11 lutego 2014
Małe wojny w dużym pokoju
rysunek sponsorowany przez producentów krzeseł, foteli i LED-owych telewizorów
Trudno oprzeć się wrażeniu, że nasza świadomość narodowa polega przede wszystkim na przekonaniu, iż w obrębie naszej szerokości geograficznej szczęście jednostki niesie za sobą szereg skutków ubocznych odbijających się na samopoczuciu ogółu społeczeństwa. Świadomość ta świadczy
nie tylko o dojrzałości, ale również o roztropności w codziennym postępowaniu, dostosowaniu się do obowiązujących społecznych standardów, których złamanie karane jest dziś szybko - zwłaszcza w dobie szerokopasmowego Internetu.
Niczego
odkrywczego nie ma w stwierdzeniu, że sukces naszego rodaka jakoś diabelsko boli, uwiera, niekomfortowo czujemy się z myślą, że to jemu się udało - nie nam (przy czym określenie
"udać się"
jest tu użyte nie bez znaczenia - ponieważ on nie osiągnął tego rzecz jasna własną pracą, talentem, wysiłkiem i wyrzeczeniami -
jemu się po prostu UDAŁO). Nasza religijność pomaga nam na szczęście i w tych trudnych sytuacjach,
wierzymy bowiem w to, że odpowiednia ilość wieczornych modlitw spowoduje, że sąsiadowi dobrze prosperująca firma jednak w końcu padnie, a jeszcze długi zostaną - co za
tym idzie, łatwiej nam żyć z faktem, że tacy bezradni to w sumie nie jesteśmy i tak
naprawdę sukces oraz życiowy los sąsiada, to trochę w naszych rękach (złożonych) leży.
O bezradności nie ma więc mowy, zwłaszcza, gdy mamy do
czynienia z osobami publicznymi. Nawet największy
sukces aktora, muzyka, dziennikarza, pisarza, reżysera możemy znieść dzięki kilku
epitetom, wyzwiskom skierowanym w jego kierunku za pośrednictwem portalu internetowego. Jakoś nam łatwiej, ulgę czujemy, możemy wstać od komputera z poczuciem dobrze
wypełnionego obywatelskiego obowiązku, mając przy
tym poczucie łaskawości Juliusza Cezara, bo przecież można było jeszcze bardziej "pocisnąć".
Ta polska wątpliwa życzliwość, choć trochę stereotypowa i rozdmuchana, ma jednak
swoje silnie historyczne i empiryczne zakorzenienie. Zdarzają się mimo wszystko chwile w miodnej
krainie, w których przestajemy jednoczyć się w bólu,
niechęci i nienawiści, a zaczyna łączyć nas sukces osiągany przez polskich sportowców na arenie międzynarodowej. Nie ma tu nawet szczególnego znaczenia, czy wygrywa
reprezentacja Polski w sporcie drużynowym (siatkówki, piłki ręcznej, piłki nożnej - legenda głosi, że kiedyś coś wygraliśmy), czy nasz indywidualny reprezentant z orzełkiem na piersi.
Nieważne, sukcesy polskich sportowców jakoś dowartościowują nas wszystkich - odzywa się w nas solidarność i tożsamość narodowa z lekkim nawiązaniem do historii - wygrana z Niemcami
i Rosjanami smakuje przecież lepiej. Siadamy przed telewizorem i
szykujemy się jak do wojny. Sięgamy pamięcią do klęsk
poniesionych z naszymi sąsiadami i tym samym zwiększamy rangę wydarzenia - nawet gdy bez tego jest ona duża. Nie
wspominam już więc o napięciu i powadze sytuacji, gdy reprezentacja Polski
spotyka się z reprezentacją Rosji na Mistrzostwach Europy na Stadionie Narodowym, ale nawet
starcie na szczeblu towarzyskiej polsko - rosyjskiej rozgrywki II- ligowych drużyn krykieta (zakładając, że istnieją - ale swojego czasu nawet "Ministra" Sportu z ilością lig rozgrywkowych danych
dyscyplin miała problemy, więc przykład podaje bez większego ciężaru odpowiedzialności za słowa) potrafimy ochrzcić
mianem próby rewanżu za rozbiory.
Sport leczy nasze rany,
kompleksy i wszelkie dotychczasowe niepowodzenia związane z naszą pozycją polityczno - militarną. Gdy Justyna Kowalczyk zdobywa
kolejne punkty w Pucharze Świata nie drżymy, że zarobi więcej niż my przez miesiące pracy. Kiedy Robert Kubica w F1 stawał się coraz bardziej realnym kandydatem do tytułu Mistrza Świata (gdyby tylko kurczę Ferrari jeździł) nie cierpieliśmy na bezsenność, że stanie się bogatszy niż całe drzewo genealogiczne
naszej rodziny. Czuliśmy się dumni, że Polska potęgą i wszyscy
mogą nam buty czyścić.
Nie wzięli pod uwagę naszych interesów w rozmowach
na temat gazociągu północnego? Tak? Dobrze! No
to w takim razie Małysz na konkursie w Planicy im pokaże!
Dziś nadarzają się kolejne okazje tych sportowo - patriotycznych uniesień. Zwłaszcza za sprawą Kamila Stocha, którego sukces
nie kończy się na zdobyciu olimpijskiego
złota. Miło było przecież patrzeć na szachownicę lotniczą na rosyjskim niebie (za sprawą
kasku naszego mistrza), a jeszcze z większą satysfakcją słuchać Mazurka Dąbrowskiego na rosyjskiej ziemi. Jest coś jeszcze.
Deklasacja rywali dała bowiem
kolejny zastrzyk naszej narodowej dumie, zjednoczyła nas na tyle, że zatwardziały sympatyk PO jest w stanie przybić sobie "piątkę" z wyznawcą
teorii zamachu smoleńskiego - bez konsekwencji, że ten drugi po usłyszeniu dźwięku będącego
wynikiem przybicia owej "piątki" zmarszczy brwi, zmruży oko i nie zastanowi się czy przypadkiem znów nie
"słychać strzałów".
Powodzenia Panie Kamilu na Dużej Skoczni! Zdobywa Pan nie tylko medale...
niedziela, 26 stycznia 2014
Ale traktujmy się poważnie
Niezaprzeczalnym faktem stało się, że
już od dobrych kilku lat do czynienia mamy z nowotworową tabloizacją mediów. Te
opiniotwórcze, których słuchanie, czytanie wskazywało jeszcze niegdyś na
egzystowanie na najwyższym szczeblu hierarchii społecznej, dziś bez krzty
zażenowania informują swoich widzów, słuchaczy i czytelników o kolorze bielizny
gwiazd pop na gali wręczenia nagród, których wartość i prestiż porównywalny
jest z rzeczywistym wkładem owych "gwiazd" w muzyczny dorobek naszego
Narodu - tak zacnego skądinąd.
Trudno mieć pretensje do dyrektorów programowych, redaktorów naczelnych, czy
wydawców, skoro taka tendencja jest jedynie lustrem naszych oczekiwań i
zainteresowań. Niejeden z nas komentując z pogardą kolejny tytuł w gazecie,
dotyczący imprezowego życia drugoplanowej postaci drugorzędnego serialu,
drugorzędnej stacji telewizyjnej, przerzuci kartkę na drugą stronę, by za
chwilę, (gdy tylko nikt nie patrzy) dowiedzieć się ile rzeczywiście wypiła i
czy afery żadnej nie było. Nie ma się czego wstydzić, bo w trakcie rozmowy z...
kimkolwiek dowiemy się, że nie sami w tę plastikową pułapkę wpadamy:
- oj już nie mają o czym pisać.
Poważnymi rzeczami się powinni zająć, Rząd prześwietlać, kontrolować, a nie o
tej pseudocelebtrytce pisać... Kto chce tym interesować w ogóle? czytać to?
- ma Pani zupełną rację. Takimi
tematami to chyba specjalnie nas karmią, żebyśmy świadomi tego, co się w
Państwie dzieje nie byli. Tym bardziej, że owszem wypiła tam trochę piszą, ale
do samochodu po pijaku nie wsiadła.
- a kto ją tam wie. Podobno
alkoholiczka permanentna. Wcześniej pisali, że ona rzadko na trzeźwo w ogóle za
kierownicę wsiada, bo tak się prowadzić boi... prawo jazdy niby ma, ale kupione
pewnie, bo przecież w takim skorumpowanym kraju żyjemy.
- tak tak, chyba regularnie ona pije.
Czystą piszą. No ale już chyba tego swojego nie zdradza. Na tej imprezie też z
nim była.
- była, ale razem ponoć nie wyszli. Oj
bzdurami takimi się zajmują, no ja nie wiem po co to o tym pisać. Kto to czyta?
Kto to czyta?
- wie Pani, że też się zastanawiam...
Idioci jacyś takie bzdury czytują.
Nasza natura, choć trochę próżna - trochę zabawna, na pewnym szczeblu nie staje
się na szczęście niebezpieczną grą ciągnącą za sobą poważniejsze konsekwencje
(poza tym oczywiście, że wiele medialnych doniesień ma znamiona zwykłych
pomówień). Problem zaczyna się, gdy jako społeczeństwo zidiociejemy na tyle, że
zatracimy zdolność do rozróżniania informacji ważnych, nieistotnych i
tych, których nie warto rozgłaszać, bo a nuż się komuś spodobają i użyje ich do
złych celów.
Zagrożenie z kompletnego przewartościowania naszego postrzegania
rzeczywistości i przejście na "tabloidowe" myślenie jest takie, że
nie będą na tym zbijać kapitału jedynie media, ale również politycy - a tego
chyba nie lubimy. Gdy pewne sfery życia, ich dziedziny, kompetencje, staną się
dla nas praktycznie bez znaczenia, lub zaczną sie po prostu zacierać, gdy ze
wszystkiego robić będziemy sobie plebiscyt popularności i fajności, możemy
poczuć się, któregoś dnia głupio, obudzić się z poczuciem
"wyrolowania".
Nie od dziś wiadomo, że politykowi, którego lubimy jesteśmy w stanie wybaczyć o
wiele więcej niż temu, który wydaje się być dla nas obojętny. Obecność polityka
w programie rozrywkowym, na meczu "naszej" drużyny, czy na mszy,
którą uważamy za ważną dla wzorowego katolika, powoduje, że zagłosujemy na
niego o wiele chętniej, ba stwierdzimy, że skoro za Legią jest, to swój chłop!
- pewnie na transporcie się zna. Dajmy szansę! Jeśli wystąpi w specjalnym
odcinku "Familiady" i na koniec pomacha uroczo, to i może w
Ministerstwie Zdrowia dałby radę. Niech spróbuje, w sumie fajny jest!
Jak wiemy "skala fajności" polityka na ogół jest mocno ograniczona.
To banda kłamców i złodziei przecież. Każdy jest potencjalnym uosobieniem zła.
Zadanie wzbudzenia jakiekolwiek zaufania mają zatem trudne. Jak można więc
pójść na małe skróty? Z tych bohaterów kolorowych gazet łapczywie
skorzystać!
Dotychczasowe wybory pokazały, że znane nazwiska mimo wszystko jakoś
przyciągają naszą uwagę nie wiedzieć czemu i niespecjalnie zastanawiamy się
wtedy nad kompetencjami i merytoryczną wiedzą naszych kandydatów. Tegoroczne
wybory do Parlamentu Europejskiego nie mogą być inne - gorsze jakieś.
I tym razem partie walczyć będą o
aktorów, sportowców, muzyków. My znowu się zdziwimy wyśmiejemy i... zagłosujemy.
- No patrz Halina, SLD na listę bierze
tą Pazurową i myślą, że będą ludzie głosować... co oni za jakąś bandę
skończonych durniów mają?! Komuniści je*ani!
- Masz rację Stefan. Za idiotów nas
mają. Powiedz no ten wierszyk o komunistach i tych liściach. Lubię jak tak
wyklinasz czerwoną hołotę!
- Dobra, dobra, Halina pamiętaj nie daj
się im zwieźć. Wiem, że lubiłaś ją w You Can Dance, jak tam jurorowała, ale to
wybory do Europarlamentu Halina, poważna sprawa.
Hm... Maciej Żurawski?! Kurde za te
cztery gole w meczu Celticu z Dunfermilne i bramki dla "naszych" to
mu się należy
ŻURAWSKI MACIEJ X
Subskrybuj:
Posty (Atom)


